Policyjni narciarze i zaginięcia osób

Kolejny ciekawy problem z zakresu radosnej legislacji, hierarchii wartości i alokacji zasobów w sektorze publicznym. Policjant pójdzie po pierwsze tam, gdzie mu każe ustawodawca. Czy więc policjant powinien bardziej szukać osób zaginionych czy też bardziej tropić pijanych rowerzystów i narciarzy?

Sprawa zaginionej Iwony Wieczorek, a ściślej spóźniona reakcja policji i wynikające z niej braki w zapisach z kamer ulicznych sprowokowała słuszne pytania o procedury policyjne. W Gazecie Wyborczej jakiś anonimowy policjant tłumaczy, co policja robi w przypadkach zaginięć przez pierwsze dwa tygodnie:

nie robimy praktycznie nic, co najwyżej sporządzamy jakieś notatki służbowe. Prawie wszyscy zaginieni znajdują się sami w ciągu tygodnia, dwóch. Nie mamy możliwości biegania za każdym, nie mamy na to środków.

A policja nie ma środków, bo te poszły m.in. na wynikające z nowelizacji ustawy o kulturze fizycznej obowiązki związane z "chwackim gnaniem za niesfornymi narciarzami" (Tur-Info). Czyli upominanie oraz wypisywanie mandatów rodzicom dzieci bez kasków czy osobom, które jeżdżą na nartach pod wpływem alkoholu (lub bohaterskie zatrzymania rowerzysty, który pod okiem kamery wypił piwo).

Ustawodawca, media i wyborcy powinni mieć świadomość, że nakładając na policję nowy obowiązek należy albo dać jej nowe środki na jego realizację, albo oczekiwać mniejszego zaangażowania w pozostałe zadania. Ustawodawca powinien darować sobie tych narciarzy, dopóki nie dowiedzie, że inne, poważniejsze zadania policji są realizowane w stopniu wystarczającym. To kwestia priorytetów.

W samej Małopolsce patrolowaniem stoków narciarskich zajmuje się 30 policjantów. Co roku zgłaszane jest ok. 15 tys. zaginięć osób, z czego prawie 3,5 tys. dzieci.