Polski system emerytalny to zaprzeczenie solidarności

Grzegorz Sroczyński w prostych słowach wyjaśnia aktorowi Jackowi Braciakowi, że jest aspołecznym ignorantem, który nie rozumie elementarnych zasad solidarności społecznej stojących u podstaw polskiego systemu emerytalnego. Tekst zaczyna się od "Jacku, jak się nie znasz, to się nie wypowiadaj". Niestety, apel ten powinien on zaadresować głównie sam do siebie...

Kluczowy fragment artykułu Sroczyńskiego to wyjaśnienie zasady solidarności międzypokoleniowej:

Aktualnie pracujący oddają część zarobków na rzecz ludzi, którzy do pracy są już niezdolni. To się nazywa solidarność międzypokoleniowa. Kumasz, Jacku? Chodzi o to, że czujemy odpowiedzialność za warunki, w jakich starzeje się i odchodzi pokolenie naszych dziadków.

Według Sroczyńskiego OFE naruszały tę zasadę przez "prywatyzację emerytur" i wręcz "likwidacji tych prostych zasad solidarności społecznej". I że pretensje Braciaka o to, że "zajebali mu z OFE 150 mld zł" są kompletnie nietrafione bo "na jego emeryturę złoży się reszta społeczeństwa".

Problem polega na tym, że Braciak w swoim monologu nie kwestionuje zasad solidarności społecznej czy całego systemu emerytalnego, tylko jedno bardzo konkretne działanie państwa: przejęcie przez ZUS składek zgromadzonych w OFE, co stanowi drastyczną zmianę strategii długoterminowej stabilności systemu emerytalnego przedstawianej w 1999 roku jako jego jedyny ratunek.

Przypomnijmy, podczas tej reformy ówczesne zasady naliczania emerytur oparte o wysokość pensji zastąpiono trzyfilarowym systemem emerytalnym. Wtedy system ten miał część repartycyjną (emerytury bezpośrednio wypłacane z budżetu) oraz część kapitałową (a dokładniej dwie). Jeśli ktoś nie wierzy to może zajrzeć na strony rządowe, na przykład Rzecznika Ubezpieczonych:

W 1999 roku miała miejsce w Polsce reforma systemu emerytalnego, która wprowadziła nowy element systemu bazowego, kapitałowe fundusze emerytalne, nazwane otwartymi funduszami emerytalnymi (OFE). (...) Finansowanie repartycyjne polega na wypłacie świadczeń z bieżących składek. To oznacza, że bieżące składki pracujących ubezpieczonych służą finansowaniu świadczeń dzisiejszych emerytów. (...) Finansowanie kapitałowe polega na gromadzeniu i pomnażaniu (kapitalizacji) wpłaconych składek.

OFE nigdy nie miały zastąpić emerytur repartycyjnych, jak sugeruje Sroczyński — jest to z jego strony albo ignorancja albo kłamstwo. Miały stanowić ich uzupełnienie i to jako jeden z trzech filarów. Do niedawna zarówno rząd jak i media pisały o tym jak o rzeczy oczywistej i nikt nie nazywał OFE złowrogim narzędziem "prywatyzacji emerytur".

I istnieje bardzo dobry powód, dla którego składnik kapitałowy powinien istnieć w systemie emerytalnym i nie ma to nic wspólnego z "prywatyzacją". Państwo składa dzisiaj zobowiązania emerytalne uzależnione od zarobków i w przyszłości będzie musiało wypłacać je także osobom, które zarabiają dzisiaj powyżej średniej. Ich emerytury będą stanowić dla przyszłego skarbu państwa obciążenie proporcjonalnie większe niż emerytury osób, które dzisiaj zarabiają mało. W systemie wyłącznie repartycyjnym całkowity ciężar ich wypłaty będzie spoczywał wyłącznie na skarbie państwa, w przypadku systemu kapitałowego mamy do czynienia ze świadomym przeznaczeniem części wypłaty dzisiaj na oszczędności przypisane do konkretnej osoby. To są rzeczy oczywiste, które 10 lat temu rząd i media opisywały jako elementarneg założenia nowego systemu — dziś nagle zostały porzucone na rzecz absurdalnej retoryki o "prywatyzacji emerytur".

Obiecanki-cacanki

Tymczasem główny problem systemu kapitałowego w 1999 roku polegał na tym, że w gruncie rzeczy został on zdefiniowany jedynie w połowie a reszta opierała się na luźnych obiecankach. W 1999 roku sformalizowano jedynie zasady zbierania składek i przekazywania ich do OFE ale już kwestia własności składek czy ich wypłacania emerytom pozostała nieuregulowana. Rząd opowiadał dużo o "kapitale emerytalnym" zaoszczędzonym w OFE, ale były to wypowiedzi całkowicie niewiążące, jako nie wyrażone w żadnym akcie prawnym. Rząd zostawił to tradycyjnie na ostatnią chwilę i ta chwila nadeszła w 2008 roku, zbiegając się z kilkoma istotnymi zdarzeniami.

Po pierwsze wybuchł kryzys finansowy podważając zaufanie do rynków, które miały być podstawą inwestycji OFE. Po drugie okazało się, że sytuacja finansowa ZUS jest równie fatalna jak przed reformą ponieważ wszystkie kolejne rządy starannie poniechały reform, które w 1999 roku uznawano za krytyczne dla jego długoterminowej stabilności. Po trzecie, wkrótce trzeba było zacząć wypłacać pierwsze emerytury z OFE, a było to niemożliwe skoro regulujące to przepisy nie istniały. I od bajek od "zaoszczędzonym kapitale" trzeba było przejść do konkretów.

I mniej więcej wtedy, czyli w latach 2008-2010 ton wypowiedzi rządu o OFE stopniowo zaczyna się zmieniać. Pojawił się wyrok sądu administracyjnego stwierdzający, że składki w OFE nie są własnością ubezpieczonego. Do samego końca, czyli ustawy o wypłacie świadczeń z OFE z 2010 roku, nie było w gruncie rzeczy wiadomo czy składki w OFE będą w ogóle dziedziczone (co w 1999 roku przedstawiano jako rzecz oczywistą). Zamiast tego zaproponowano zamianę zgromadzonych w OFE środków na annuitet, czyli świadczenie wypłacane dożywotnio na podstawie średniej oczekiwanej długości życia. I w tym momencie różnica między systemem repartycyjnym a kapitałowym zaczęła się stopniowo zacierać.

Demontaż systemu kapitałowego

Zwieńczeniem procesu demontażu emerytur trzyfilarowych była wypowiedź premiera Donalda Tuska, który w 2013 roku wyjaśnił, że "pieniądze zgromadzone w OFE nie są własnością Polaków, ponieważ polski system emerytalny jest systemem partycypacyjnym". Teza ta jest zbieżna z tym co dzisiaj pisze Sroczyński, ale całkowicie sprzeczna z tym co mówił rząd jeszcze w 2008 roku, kiedy OFE były kapitałowym uzupełnieniem całego systemu, a nie rodzajem prywatnego podwykonawcy trzymającego pieniądze na zlecenie ZUS i skupującego głównie obligacje rządowe.

Sroczyński mija się z prawdą jeszcze w innym kluczowym miejscu — tam, gdzie kategorycznym tonem zaprzecza istnieniu prywatnych funduszy emerytalnych w innych państwach rozwiniętych: żadna, powtarzam, ŻADNA rozwinięta demokracja zachodnia tego cymesu u siebie nie chciała, ani Niemcy, ani Szwedzi, ani Anglicy. Tymczasem w każdym z wymienionych krajów działa wiele zbliżonych do OFE mechanizmów (np. "workplace pensions" w UK) i o wiele bardziej rozpowszechnione są (np. dzięki ulgom podatkowym) systemy "trzeciego filara" (odpowiednik nieużywanych praktycznie w Polsce kont IKE i IKZE).

Gdyby Sroczyński zagłębił się nieco w tę wyimaginowaną "emerytalną solidarność społeczną" w Polsce to dowiedziałby się, że poza ZUS (160 mld zł rocznego budżetu) mamy mniej znany KRUS (16 mld zł) oraz zupełnie nieznany Zakład Emerytalno-Rentowy MSW (600 mln zł). Każdy z nich robi dokładnie to samo: obsługuje wypłaty emerytur i związaną z tym administrację, np. lekarzy-orzeczników. Każdy z nich rzecz jasna robi to na rzecz "swoich" emerytów i ma swoje koszty transakcyjne, które w przypadku ZUS wynoszą ok. 2% (3,5 mld zł rocznie). Koszty własne KRUS i ZER MSW są nieznane, ale procentowo są z pewnością dużo większe bo obracają mniejszymi aktywami. Niektórzy twierdzą, że "ZUS jest niezwykle tani", ale jeśli sięgniemy do ukochanego na lewicy przykładu Szwecji to dowiemy się, że tamtejszy państwowy system emerytalny ma koszty własne na poziomie zaledwie 0,8% aktywów. I jest tylko jeden, a nie trzy robiące to samo oddzielnie.

Polski system emerytalny to zaprzeczenie "solidarności"

Do sztandarowych przykładów "solidarności społecznej" w Polsce należy zaliczyć również branżowe przywileje emerytalne. Wszyscy wiedzą o wcześniejszych emeryturach górników, nauczycieli czy policjantów, mało kto wie o wcześniejszych emeryturach kolejarzy.

O ile sama instytucja wcześniejszych emerytur jest jak najbardziej uzasadniona specyfiką zawodu, o tyle sposób ich finansowania ze sprawiedliwością czy solidarnością nie ma nic wspólnego. Sprawiedliwym i logicznym rozwiązaniem byłoby płacenie proporcjonalnie większych składek emerytalnych przez pracodawców w zawodach przechodzących na wcześniejsze emerytury. W Polsce różnicę tę pokrywa tymczasem Skarb Państwa i jest to w dużej mierze przyczyna obecnej fatalnej sytuacji finansowej Funduszu Ubezpieczeń Społecznych.

Problem nierównowagi składek w stosunku do wypłacanych świadczeń występuje w przypadku przedsiębiorstw działających w branży górniczej i kolejowej, bo w obu występuje wcześniejsza emerytura przy "standardowych" składkach, przy czym w kolejnictwie emerytura jest wcześniejsza o 5 lat w stosunku do powszechnej, a w przypadku górnictwa — o ponad 20 lat.

Wcześniejsze emerytury przysługują również nauczycielom i służbom mundurowym, ale w tych branżach zatrudniającym jest prawie zawsze skarb państwa, więc efekt netto tej nierównowagi wydaje mi się pomijalny — to znaczy, skoro decydujemy się jako państwo na utrzymanie policji to rzeczą oczywistą jest, że płacimy również jej emerytury.

Jednak w przypadku górnictwa mamy do czynienia z wysysaniem pieniędzy z ZUS na ogromną skalę. Kopalnie nie są już przedsiębiorstwami wyłącznie państwowymi. Udziałowcem Kompanii Węglowej jest skarb państwa, ale spółka jest obrośnięta tysiącami prywatnych firm, które zatrudniają górników jako podwykonawców. Poza nimi ZUS sponsoruje także kopalnie całkowicie prywatneBogdankę, czeską (!) Silesię oraz mniejsze Eko-Plus.

I nie chodzi tutaj wcale o odbieranie wcześniejszych emerytur samym górnikom, tylko o to, by ich pracodawcy płacili składki w wysokości proporcjonalnej do świadczeń wypłacanych ich pracownikom. Po prostu polskie kopalnie z branży górniczej wpłacają do ZUS nieproporcjonalnie mało w stosunku do tego co z niego później dostają ich emerytowani pracownicy. Co więcej, Kompania Węglowa nie płaci nawet tych ulgowych składek (!) — są one regularnie umarzane i przypuszczam, że takie same umorzenia dostają regularnie spółki PKP.

I nawet "grabież OFE" nie pomoże...

Tymczasem jak wynika z kwartalnych raportów ZUS za 2013 rok prawie 16% świadczeń ZUS idzie na "branże uprzywilejowane", większość na emerytury górnicze:

  • Emerytury i renty ogółem: 163 mld zł, w tym:
    • górnicy: 14 mld zł
    • nauczyciele: 8 mld zł
    • kolejarze: 4 mld zł
    • przedsiębiorcy: 3 mld zł
    • pozostali: 134 mld zł

Teraz nasuwa się pytanie: czy spółki górnicze i kolejowe działające w Polsce odprowadziły w składkach do ZUS odpowiednio 14 mld i 4 mld zł? ZUS nie udostępnia takich danych, ale biorąc pod uwagę ich niemal nieustającą deficytowość i liczne umorzenia jest to bardzo wątpliwe. Oznacza to, że na 18 mld zł świadczeń tylko dla tych dwóch branż złożyło się ok. 12 mln pozostałych podatników, czyli głównie etatowców i przedsiębiorców, każdy średnio po 1500 zł. W tym samym czasie do OFE, uznawanych obecnie za głównego winowajcę deficytu ZUS, przekazano 10 mld zł, przy czym była to jednak inwestycja na poczet wypłaty przyszłych emerytur.

Można powiedzieć: takie życie, widać tak musi być, choć wydaje mi się, że wystarczjąco uzasadniłem absurdalność wywodów Sroczyńskiego o "solidarnościowym" charakterze obecnego systemu. Jednak to co zrobił w tym roku rząd to po prostu przeniesienie środków oszczędzanych "na jutro" w OFE do "dzisiejszego" ZUS z zamiarem zmniejszenia deficytu tego ostatniego. Tę desperacką operację można byłoby uzasadnić wyjątkowymi okolicznościami, gdyby był to deficyt jednorazowy ale tak nie jest. Deficyt ten jest i będzie, choć mniejszy o około ¼, ale jedynie dzięki temu, że przyszłe oszczędności postanowiono wydać dzisiaj.

AttachmentSize
sweden_competition_in_the_pensions_sector_-_a_low_cost_model_40478237.pdf171.21 KB
biul0413.pdf310.07 KB