Po co komu obowiązek meldunkowy?

Podczas gdy Ministerstwo Spraw Wewnętrznych przymierza się do likwidacji obowiązku meldunkowego, różne środowiska apelują o jego... pozostawienie.

Obowiązek meldunkowy miał być, zgodnie z oryginalnymi obietnicami Platformy Obywatelskiej z 2010 roku, zniesiony w 2014 roku, dwa lata później datę tę przesunięto na 2016 rok.

Aktualizacja: w 2015 roku przesunięto tę datę po raz kolejny na 2018 rok, a po wygranej PiS w wyborach parlamentarnych pod koniec 2015 nowy wiceminister spraw wewnętrznych w ogóle zapowiedział, że meldunek zniesiony nie zostanie "żeby obywatele zamieszkali w Polsce mieli zameldowanie i żeby było wiadomo, gdzie ich szukać, jeżeli zachodzi taka potrzeba".

Także w przeszłych debatach pojawiały się głosy przeciwko zniesieniu tego reliktu z czasów radzieckiej paszportyzacji. Reprezentatywnym głosem jest artykuł Bez adresu, bez podpisu... Dowód osobisty niczego nie dowiedzie, a w nim ciekawy cytat ze Stowarzyszenia Sędziów "Iustitia", które miało napisać, że bez meldunku "nie będzie jak zainicjować postępowania sądowego. A sąd nie będzie mógł ustalić adresu w trakcie postępowania". Cytat ten brzmi dość absurdalnie, bo w wielu państwach świata nie ma czegoś takiego jak obowiązek meldunkowy a mimo wszystko postępowania się jakoś "inicjuje" (i nieraz działa to o wiele sprawniej niż w Polsce). W rzeczywistości jednak całe stanowisko stowarzyszenia "Iustitia" jest całkiem sensowne a powyższy cytat jest wyrwany z kontekstu. Prezentuje przy tym jednak tylko jeden punkt widzenia — urzędowy — dlatego rozwinę temat.

Problem wskazywany przez zwolenników meldunku polega na tym, że znaczna część procedur administracyjnych opiera się właśnie na adresach obywateli wskazanych w rejestrach meldunkowych oraz bazie PESEL — jeśli urząd chce poinformować obywatela o ważnym dla niego zdarzeniu (np. o wytoczonej mu sprawie sądowej) to korzysta z adresu z tej bazy. Jej wykorzystanie opiera się jednak na założeniu, że zgodnie z obecnie obowiązującymi przepisami każdy obywatel ma obowiązek zameldować się w miejscu swojego zamieszkania (pojęcie martwego prawa jest w tym modelu z grzeczności ignorowane).

Jest to założenie do pewnego stopnia skuteczne, bo większość obywateli RP od urodzeniu jest gdzieś zameldowana (zwykle w miejscu zamieszkania rodziców bo byli wówczas zbyt mali by zaprotestować).

Dlatego koronnym argumentem za utrzymaniem meldunku wysuwanym przez środowisko prawnicze jest tak zwana "fikcja doręczenia" czyli mechanizm pozwalający urzędowi uznać za doręczony list wysłany w odpowiedni sposób pod adres zameldowania, nawet jeśli nie został on faktycznie odebrany. Prawnicy tak się do tego przyzwyczaili, że nie potrafią sobie wyobrazić bez niego dalszej pracy, a komornicy wręcz go kochają, zwłaszcza od wprowadzenia sądu elektronicznego. Na istniejące patologie tego mechanizmu mają jedną odpowiedź: dupa lex, sed lex, a adresy trzeba aktualizować.

I to byłaby poniekąd prawda, gdyby nie fakt, że obowiązek meldunkowy nie jest po prostu "bazą adresową obywateli" tylko, jako całość, reliktem PRL, obrośniętym masą mniejszych lub większych głupotek, o których szerzej pisałem dwa lata temu (Zgłaszajmy wyjazdy za granicę, bo tak szybko odchodzą). Na pewno nie jest "rejestrem adresowym", za jaki chciałoby go postrzegać środowisko prawnicze — jest to, jak sama nazwa wskazuje, psi obowiązek zarejestrowania swojego adresu zamieszkania (a nie korespondencyjnego!), wraz z udowodnieniem prawa do lokalu, a także informowania władz o przemieszczaniu się po kraju (meldunek czasowy). Nawet w obecnej, wykastrowanej, formie jest to mechanizm, który nie przystaje do nowoczesnego państwa prawa.

Ale w Polsce taki "celowościowy punkt widzenia" jest co do zasady pogardzany. Jeśli w bazie PESEL jest jakikolwiek adres, choćby i nieaktualny od 30 lat, to polski prawnik i urzędnik śpi spokojnie a najstraszniejszym koszmarem wydaje się być sytuacja, w której obywatel nie jest nigdzie zameldowany. No ale przecież skoro "z mocy prawa" musi, to przecież jest...

Czyżby? Niestety, w rzeczywistości obowiązek meldunkowy w obecnej postaci raczej ośmiesza państwo i przyzwyczaja do lekceważenia jakichkolwiek nakładanych przez nie "obowiązków". Ponieważ od 2010 roku nie grożą za to dosłowanie żadne sankcje (a od lat 90-tych nie były one egzekwowane w praktyce), więc obowiązek ten jest powszechnie ignorowany. I trudno się dziwić, bo meldunek wymaga wizyty w urzędzie i udowodnienia prawa do lokalu (a do stycznia 2013 nawet okazania książeczki wojskowej). Co więcej, znaczna część lokali w Polsce jest wynajmowana "na lewo", więc typowa jest sytuacja, w której osoba zameldowana formalnie w Białymstoku od 20 lat mieszka w Krakowie, ukończywszy tu studia i założywszy rodzinę. Osoby zameldowane w małych miejscowościach mogą z kolei płacić niższe OC, faktycznie mieszkając np. w stolicy — bo stawka OC zależy od adresu zameldowania — i tym podobne...

Co to więc za "obowiązek", którego nikt nie przestrzega? Jednak poza ośmieszaniem polskiego prawa wprowadza on niesłychane zamieszanie w samej administracji, która z radością samooszukuje się, uznając dane meldunkowe za wiarygodne bo mające "moc prawną". Tymczasem w takich zadaniach jak planowanie przestrzenne w miastach nie jest potrzebna "moc prawna", tylko wiarygodne dane o ilości mieszkańców — absurdem jest sytuacja, w której rozbieżności między ilością mieszkańców w rejestrze meldunkowym a szacunkach demograficznych sięgają 20% populacji jak w Krakowie. Problem ten jest od dawna podnoszony przez samorządy, ale był ignorowany przez rząd, który, sam przyzwyczajony do wygodnej fikcji meldunku, przez lata uspokajał się, że nic nie trzeba zmieniać bo jest dobrze tak jak jest. Problem rozbieżności w liczbie mieszkańców wypłynął znowu przy okazji ustawy śmieciowej i będzie wypływał przy każdej kolejne okazji, gdy od liczby tej będzie zależeć poziom finansowania usług publicznych.

Tymczasem część polskiego środowiska prawniczego z kamienną twarzą przyjmuje do wiadomości fakt, że w tym samym mieście może przebywać równocześnie na przykład 500 tys. osób (rejestr śmieciowy), 700 tys. osób (dane meldunkowe) i 1000 tys. osób (szacunki samorządu). A do tego wszystkiego GUS raportuje do Brukseli, że z Krakowa rocznie emigruje około 20 (dwudziestu) osób... bo tyle wynika z "obowiązkowych" zgłoszeń o opuszczeniu kraju. Nie ma prawdy obiektywnej, jest prawda etapu, a każdy etap ma swoją prawdę — wydają się mówić te statystyki. Ja rozumiem, że w PRL konieczność dialektycznego akceptowania wziętych z sufitu statystyk była wymuszona ideologicznie, a dziś nikt już do tego nie zmusza — to tylko siła przyzwyczajeń.

"Iustitia" słusznie zwraca uwagę, że coś jest konieczne zamiast rejestru meldunkowego. Wystarczyłby prosty rejestr adresowy, dostępny dla wszystkich organów administracji publicznej, które mają potrzebę komunikowania się z obywatelem. Obywatel nie musi mieć obowiązku wskazania takiego adresu, ale i tak to zrobi bo prędzej czy później sam będzie miał taką potrzebę — przy podjęciu pracy, przy płaceniu podatków, przy odbieraniu emerytury czy rejestracji samochodu. W sytuacji gdy jest to wyłącznie adres korespondencyjny a nie zamieszkania znika problem np. z koniecznością wykazania prawa do lokalu. Może być również zachowana fikcja doręczenia, bo to obywatel jest sam odpowiedzialny za wskazanie adresu, pod którym można się z nim skontaktować (przy czym moim zdaniem dopuszczalna powinna być także skrzyna ePUAP).

Co najśmieszniejsze, taki rejestr adresowy od wielu lat prowadzi resort finansów — adres korespondencyjny podaje się w każdej deklaracji podatkowej. Skarbówka doskonale zatem rozumie, że adres zamieszkania czy zameldowania może nie mieć nic wspólnego z adresem korespondencyjnym — i nie ma z tym najmniejszego problemu.

Rzeczywisty problem polega jednak prawdopodobnie na tym, że w Polsce jest wiele resortów ale nie ma rządu, który byłby w stanie koordynować dyskusję o potrzebach poszczególnych resortów i zbudować rozwiązanie, które w sposób w miarę sprawny by je spełniało. Przykładem jak w polskiej praktyce wyglądają takie "ponadresortowe" w zamierzeniu rozwiązania jest ePUAP — rozwiązanie sensowne, ale od lat skutecznie przez resorty bezkarnie bojkotowane, bo każdemu coś tam nie pasuje. Paradoksalnie, stworzony w celu konserwacji peerelowskiego zamordyzmu system PESEL takie rozwiązanie zapewnia i stąd zapewne opór administracji wobec jakichkolwiek zmian.

Comments

Drobna uwaga ode mnie: fikcja

Drobna uwaga ode mnie: fikcja doręczenia, przynajmniej w procedurze cywilnej, dotyczy adresu zamieszkania, a nie adresu zameldowania. Skutek jest taki, że nawet jeżeli jakieś pismo sądowe czy orzeczenie zostało doręczone przez awizo (jak to się ładnie nazywa - czyli wróciło do sądu po 2 tygodniach leżenia na poczcie) na adres zameldowania, to sprawę da się odkręcić, wykazując, że w czasie próby doręczenia rzeczywiście mieszkało się gdzie indziej niż adres zameldowania.

Ale co z adresem korespondencyjnym?

Nie orientuję się w szczegółach prawa i administracji, ale podejrzewam, że środowisko prawnicze boi się tego oceanu pracy, jaki trzeba by w dość krótkim czasie przechlapać, żeby zmienić wszelkie procedury szczegółowe. Przykładowa zasada rozdzielności adresu zamieszkania, zameldowania i korespondencyjnego to kuriozum o tradycji 20-letniej, ale wciąż przecież nie utrwalone (ja np. za każdym razem mam zgryz, jak to wypełnić, żeby nie było wpadki, choć mieszkam w miejscu zameldowania i z tymże adresem korespondencyjnym). Tymczasem trzeba zaproponować coś pozytywnego, nie tylko znieść sam obowiązek meldunkowy.
Moim zdaniem powinno się znieść obowiązek meldunkowy w znanej nam formie (też z powodów podanych przez Ciebie), ale wdrożyć parę prostych reguł prawnych oraz służebną rolę urzędów:
1. Obowiązek posiadania urzędowego adresu korespondencyjnego w technikach określonych (można przecież wręcz narzucić obowiązek posiadania numeru telefonu oraz adresu email, nie tylko pocztowego, czemu nie? Brakuje tylko jeszcze paru małych posunięć UKE, żeby stan ten utrwalił się faktycznie) - aby dokument wysłany na ten adres uznano za doręczony. Innej opcji nie widzę. Sztuczki polskie typu nie odbieranie poleconych to dziecinada, więc niech się w to dzieci bawią.
2. W wypadku, gdy ktoś uważa (czysto deklaratywnie!), że nie ma żadnego konkretnego urzędowego adresu korespondencyjnego (nigdzie nie mieszka, nie stać go na PObox, nie ma rodziny ani przyjaciół), może wybrać sobie adres dowolnego urzędu np. samorządowego - coś jak poste-restante. I w ten sposób spełnić pkt.1. powyżej.
3. Ostatecznie po wdrożeniu się do korzystania z E-PUAP uważam, że byłoby znakomitym pomysłem, gdyby każdemu dorosłemu obywatelu wyrabiano z automata, razem z dowodem osobistym, konto w E-PUAP i w ciągu nast. dekady prawnie ustalono, że jest to podstawowa (jeżeli nie jedyna!) droga komunikacji instytucji ślących korespondencję prawną i administracyjną z obywatelem polskim. Rozwiązanie takie potem moglibyśmy z zyskiem sprzedać do innych krajów WE, bo co przetrenowane u nas, u nich musi zadziałać ;-).