"Umożliwienie dokonania samodzielnego spisania się"

Komunikacja urzędowa nadal należy w polskiej administracji do sfer opanowanych przez kulturę peerelowskiej obrazowanszcziny. Zdanie wielokrotnie złożone jest lepsze od prostego, a jakość dokumentu mierzy się ilością przysłówków i przymiotników.

Krystyna Naszkowska z Wyborcza.biz pisze dzisiaj o liście wysyłanym przez GUS do rolników i informującym ich o spisie rolnym.

Język tego listu to klasyczna urzędnicza nowomowa. Po czym ją rozpoznać? Po: "również", "gdyż", "bowiem", "iż", bezsensownym cytowaniu Dz.U., nadmiarowej i osobliwej gramatyce ("umożliwi dokonanie spisania się"), wielokrotnej złożoności zdań i zasypywaniu sensu tonami zdędnych przymiotników.

To karykatura języka prawniczego, który musi być precyzyjny i posługiwać się starannie określonym słownikiem. Ale posługiwanie się nim w popularnej komunikacji ma taki skutek jak stereotypowy informatyk bredzący coś o TCP/IP i routerach na pytanie kiedy zacznie działać sieć. Na każdym szkoleniu z komunikacji biznesowej uczestnik dowiaduje się przede wszystkim, że używanie mętnego i wieloznacznego języka jest odbierane głównie jako nieudolna próba maskowania niewiedzy i niekompetencji. Tymczasem, jak pisze samo Ministerstwo Rozwoju Regionalnego (patrz też audycja w TokFM):

europejska administracja wytworzyła dość osobliwy styl komunikacji (przede wszystkim w języku angielskim). Jedni nazywają go eurożargonem, inni – eurobełkotem, a nawet euromową. Te wyraźnie nacechowane określenia wyrażają negatywną ocenę tekstów o Unii Europejskiej – ich niezrozumiałość. (...) Niestety, oprócz informacji merytorycznych przejmujemy z nich coś więcej – biurokratyczne wzorce myślenia. Efekt może być tylko jeden: niezrozumiałość języka administracji europejskiej staje się cechą domyślną także polskich tekstów o funduszach.

Co gorsza, to natręctwo posługiwania się językiem urzędowym jest zaraźliwe - nieudolnie próbują się nim posługiwać uczniowie, nauczyciele. dziennikarze czy zwykli ludzie, próbujący brzmieć mądrze czyli oficjalnie (zjawisko to doskonale sportretowano w Wojnie polsko-ruskiej). W jednej z krakowskich stołówek uczelnianych można znaleźć napis: "Informujemy, iż połówki porcji nie są wydawane". Przecież pierwszą połowę tego zdania można usunąć bez zmniejszenia jego wartości informacyjnej (no i to "iż")!

To błędne koło - jak diagnozowało niedawno Ministerstwo Gospodarki "nadprodukcja aktów prawnych (inflacja legislacyjna) [występuje] jako skutek podejścia «zawsze regulować»". Nakaz jest nadal dominującym środkiem oddziaływania na społeczeństwo. Jest tak, bo inne środki są nieskuteczne - ale nie dlatego, że społeczeństwo jest oporne, tylko dlatego, że rząd nie umie się z nim komunikować.

Rządowe kampanie społeczne to u nas nadal nowość i często robiona "na odwal się", po amatorsku lub bezpłciowo (przykładem niech będzie niedawna kampania URE - niekontrastowe bannery, niezrozumiały przekaz).