Trzy historyjki sądowe

Polskie sądownictwo nie cieszy się szczególnie wysoką oceną społeczeństwa, a jednym z najczęściej wskazywanych problemów jest przewlekłość procedur sądowych. Chciałbym się zatem podzielić kilkoma historyjkami z dwóch zakończonych niedawno spraw, w których od kilku lat brałem udział. Wyroki, które w nich zapadły były dla mnie satysfakcjonujące i nie mam żadnych zarzutów merytorycznych. Niesmak pozostawia natomiast organizacja pracy sądów.

Wszystko zaczyna się w 2006 roku. Dwójka pseudohodowców w centralnej Polsce doprowadza do śmierci kilkunastu koni. W sprawie tej zeznaję jako świadek. Kilkanaście pozostałych przy życiu koni zostaje odebranych i oddanych do innej zlokalizowanej w okolicy stajni. Za tak "zabezpieczone mienie" odpowiada gmina.

Sąd wzywa mnie do stawiennictwa dwukrotnie. Dojazd z Krakowa to ok. 250 km, terminy są wyznaczane na 8.30. Na każdy termin muszę wziąć wolne z pracy i wyjechać z Krakowa ok. 5 rano. Na początku jestem przekonany o tym, że to co robię jest ważne - sprawa jest medialna, oskarżycielem posiłkowym jest Towarzystwo Opieki na Zwierzętami a oskarżeni robili podobne rzeczy w przeszłości.

Pojawiam się na pierwszym terminie. Z innymi świadkami wchodzimy na salę rozpraw, gdzie sędzia informuje nas, że jeden z współoskarżonych przysłał zwolnienie. Po 15 minutach wszyscy rozchodzą się do domów - ja idę do kasy po kilkanaście złotych "zwrotu kosztów podróży", wsiadam do samochodu i wracam do Krakowa. Koszty zewnętrzne indolecji sekretariatu sądu to stracony dzień pracy dla ok. 10 osób i moje kilkaset złotych za paliwo. A przecież zwolnienie nie dotarło do sądu tego samego dnia, tuż przed rozprawą.

Na drugim terminie oskarżeni się pojawiają. Moje stawiennictwo jest wyznaczone na godz. 8.30. Sędzia podobno przesłuchuje oskarżonych, ale z relacji oskarżyciela wynika, że to raczej sędzia jest przesłuchiwana przez oskarżonych i wygląda jakby się ich bała. Ten cyrk trwa cały dzień - do godziny 16 grupa świadków sterczy jak durnie na korytarzu i wymienia uwagi na temat autorytetu sądu. Ja cudem wchodzę o 16 - oskarżyciel ubłagał sędzię argumentując, że jestem świadkiem z daleka.

Na sali znowu cyrk. Pytania od oskarżycieli zajmują 15 minut, od sędzi 15 minut, od obrońcy 15 minut. Za to oskarżeni w arogancki sposób maglują mnie ok. 2 godzin na tematy zupełnie nie związane ze sprawą. Sędzia reaguje dopiero gdy zupełnie odpływają i kategorycznie żądają ode mnie dostarczenia kompletu dokumentów mojej firmy. Jestem jedynym świadkiem przesłuchanym tego dnia. Koszty zewnętrzne niskich kompetencji sędzi to stracony dzień dla ok. 9 osób i w pełni uzasadnione pogrążenie autorytetu sędziego. Ta sprawa karna toczy się leniwie swoim biegiem. Zabezpieczone konie stoją dalej w innej stajni, gmina płaci za nie co miesiąc kilka tysięcy.

W 2007 roku dowiaduję się, że oskarżony hodowca założył przeciwko mnie sprawę o zniesławienie z art. 212 kk (za publiczne stwierdzenie, że doprowadził do śmierci kilkunastu koni). Ze zdumieniem dowiaduję się, że zawiadomienie złożył rok wcześniej i przez 12 miesięcy krakowskie sądy niespiesznie wymieniały się pismami w celu ustalenia "właściwości miejscowej". "Moja" sprawa skończy się w 2010 roku, czyli 4 lata po złożeniu zawiadomienia. Kolejne terminy są wyznaczane na 1-4 miesięcy do przodu, rozprawy standardowo trwają po 15-45 minut. W ciągu tych kilku lat na sali sądowej spędzę łącznie jakieś 2-3 dni robocze.

Sprawa hodowcy ciągnie się również do 2010 roku, kiedy wydany na niego wyrok - po apelacji - zostaje zaostrzony i staje się prawomocny. Apelacji, na którą czekała przede wszystkim gmina - zatrzymane konie cały czas były bowiem na jej utrzymaniu. Mieszkańców gminy to "zabezpieczenie mienia" przez 4 lata kosztowało jakieś 300 tys. zł. W tym okresie sprawa biegła sobie swoim leniwym biegiem "wykonywania czynności", niespiesznego przesyłania dokumentów i kolejnych odroczeń w świecie, gdzie kwant czasu ma około miesiąca.

W trakcie "mojej" sprawy miało miejsce kilka kolejnych incydentów, które świadczą nie tyle o jakiejś skrajnej degeneracji aparatu sądowniczego co o zwykłym bajzlu organizacyjnym i kompletnym nie liczeniu się z uczestnikami oraz ekonomią procesową. Po czterech latach trwania obie sprawy stały się karykaturą wymiaru sprawiedliwości, obfitując w sytuacji rodem z "Misia" czy "Rozmów kontrolowanych".

I tak, w pewien poniedziałek jest przewidziane przesłuchanie ok. 5 świadków, którzy mają zjechać z różnych okolic Polski. Doświadczony adwokat, Artur Kmieciak, w piątek wydzwania do sekretariatu, żeby sprawdzić czy przypadkiem rozprawa nie zostanie odroczona. "Chyba tak, bo wpłynął jakiś wniosek", odpowiada sekretariat. Ale nie wiadomo na pewno, bo sędzia jest na urlopie i będzie dopiero w poniedziałek. O poranku zaczyna się wydzwanianie, którego celem jest poznanie opinii sądu i ustalenie czy 5 osób ma marnować swój czas podróżując po Polsce czy nie. W końcu świadkowie ryzykują "brak stawiennictwa" i nie jadą. Słusznie bo w sądzie powtarza się scenariusz 15-minutowej rozprawy z odroczeniem.

Kolejny numer wykręca z kolei sąd apelacyjny. Biorę wolne i pojawiam się na którejś z kolei rozprawie, gdzie ma być przesłuchany świadek. Sąd beztrosko odczytuje pismo przysłane przez świadka dwa tygodnie wcześniej, że niestety w tym terminie będzie na urlopie. Można o tym poinformować przez telefon? Można. Można było posiedzenie odroczyć w ciągu tych dwóch tygodni? Jakieś dziesięć razy. Ale po co?

Dodam jeszcze, że praktycznie na żadnej rozprawie przeciwko mnie nie pojawił się oskarżyciel prywatny czyli oskarżony hodowca. Na każdej z nich pojawiał się za to jego adwokat z urzędu oraz tłumacz przysięgły, bo oskarżyciel jest obcokrajowcem i do tego "bez środków do życia" (przypominam, właściciel ok. 20 koni). Wszyscy, rzecz jasna, byli opłacani z kasy sądu. Adwokat z urzędu musiał się pojawiać nawet wtedy, gdy oskarżyciel opuścił kraj wkrótce po niekorzystnym dla siebie wyroku w sprawie karnej, porzucając swojemu biegowi kilka(naście) oskarżeń prywatnych, które powytaczał różnym osobom.

Obie sprawy pozostawiły głęboki niesmak. Od lat pracuję w sektorze prywatnym i znaczną część moich obowiązków stanowi optymalizacja i podnoszenie jakości procesów biznesowych dla korzyści klienta. Trudno mi jest więc uwierzyć jak można działać w tak chaotyczny sposób i jeszcze podpierać to frazesami o "sprawiedliwości", "rzetelności procesu" itd (tłumaczenie innego znajomego prawnika, fana pozytywizmu prawniczego i skrajnego formalizmu procesowego).

Jeśli kogoś natomiast interesują szersze analizy stanu polskiego sądownictwa, polecam dwa raporty:

Ciekawe, że są pracownicy sądów, którzy dostrzegają różne absurdy procedur sądowych. To dlaczego tak mało się tam zmienia?