Schizofrenia kadrowo-płacowa

Postulaty związkowców sektora publicznego to dobry przykład porzucenia myślenia przyczynowo-skutkowego na rzecz myślenia magicznego. Mieć ciastko i zjeść ciastko - to cel dzisiejszej demonstracji w Warszawie. A po nas choćby potop.

Zdanie pierwsze (za WP):

Jest inflacja, wzrosły koszty utrzymania, w zeszłym roku nie było waloryzacji płac, nie ma w obecnym i rząd jeszcze chce rozciągnąć to na przyszły rok, a najlepiej i kolejne lata.

Zdanie drugie:

Wzburzenie pracowników budżetówki wywołały także plany zredukowania o 10% zatrudnienia w wielu państwowych urzędach i instytucjach.

Wzburzeni związkowcy nie dostrzegają najwyraźniej, że zdanie pierwsze (niskie płace) są wprost wynikiem forsowania na siłę "ochrony miejsc pracy", czyli maksymalizacji zatrudnienia w administracji publicznej. Liczba pieniędzy, którą są w stanie wypracować podatnicy jest ograniczona. Jednostkowa płaca będzie tym mniejsza, na im więcej etatów w sektorze publicznym trzeba będzie ją podzielić.

I na koniec zdanie trzecie:

Chcemy zaprotestować przeciw polityce rządu wobec państwowych służb budżetowych. Polityce, w której brak racjonalnego myślenia o tych służbach

Obserwacja trafna - w polskiej polityce brak jest racjonalnego myślenia o zatrudnieniu w sektorze publicznym. Ale to sam sektor publiczny nie chce się racjonalizować. Teraz protestuje przeciwko redukcji zatrudnienia, w ubiegłym roku zablokował ustawę o racjonalizacji zatrudnienia.

Zdecydujcie się, czego tak naprawdę chcecie. W interesie samych pracowników administracji jest forsowanie modelu, w którym istnieje realna selekcja kadr a ich praca jest efektywna. Sektor publiczny w swoim własnym interesie powinien walczyć o eliminację zbędnych etatów, nieróbstwa oraz przyznawania "nagród" każdemu jak leci. Tylko wtedy pracownicy tego sektora będą mogli oczekiwać pensji na poziomie podobnym, jak w sektorze prywatnym.