Realia ekonomiczne w ZSRR

Ostatni miesiąc spędziłem w kraju, który funkcjonuje równolegle w dwóch rzeczywistościach – radzieckiej i dziko-kapitalistycznej. Jak to często bywa, z błahej i prowadzonej przy dyskusji pt. "a w Sojuzie było lepiej" wynikła ciekawa analiza życia zwykłego obywatela w tamtych czasach.

Dyskusja na ten temat jest trudna, bo deficyty nie były stałe w czasie i przestrzeni. W różnych miejscach brakowało różnych rzeczy i deficytowy asortyment bywał czasem tak absurdalny, że dziś trudno w to uwierzyć. W PRL w różnych okresach przykładami takich dóbr były mięso, papier toaletowy czy materiały budowlane. Ale większość znanych mi Rosjan generalnie nie wierzy w to, że w Polsce brakowało w sklepach mięsa (co ja sam jeszcze pamiętam z lat 80-tych), bo u nich ten problem na szeroką skalę nie występował. Jak więc wiązali koniec z końcem zwykli Rosjanie?

Weźmy na przykład panią Z., która pracując w zakładzie włókniarskim zarabiała ok. 200 rubli na miesiąc. Siła nabywcza, czyli co faktycznie można za te pieniądze kupić, to klucz do zrozumienia rosyjskiej schizofrenii w postrzeganiu ZSRR. Z jednej strony bowiem przejazd autobusem kosztował 0,2 rubla (20 kopiejek) i na podobnym poziomie pozostawały ceny podstawowych produktów spożywczych takich jak chleb czy kasza. Z drugiej strony żeby kupić sobie porządne buty trzeba było już zapłacić 110 rubli, czyli ponad połowę miesięcznej pensji! Pani Z. akurat zapamiętała buty, ale to tylko jeden z przykładów absurdalnego funkcjonowania radzieckiej gospodarki planowej z punktu widzenia konsumenta — po prostu akurat buty w tym regionie i w tym okresie z jakiegoś powodu były dobrem, które było dostępne jedynie poza oficjalnym systemem dystrybucji — czyli na czarnym rynku.

Czarny rynek w ogóle jest fenomenem, który doprowadza do głębokiej konfuzji osoby wychowane na Zachodzie i próbujące zrozumieć mentalność homo sovieticus. Jak to możliwe, że coś równocześnie było dostępne i niedostępne w sprzedaży? Wyjaśnienie jest jednak dość proste i zilustruję je znowu na przykładzie pani Z., której zakład produkował wyroby z wełny, bo taka była jedna ze specjalizacji wyznaczonych Kabardyno-Bałkarii przez Gospłan (patrz: gospodarka planowa). Wyroby te jednak z jakiegoś powodu — ale znowu zgodnie z planem centralnym — nie trafiały na rynek lokalny, tylko były praktycznie w całości wysyłane do na przykład do Gruzji, pomimo, że iistniał na nie również duży popyt lokalny. Ponieważ jednak plan był inny, popyt lokalny zaspokajali pracownicy zakładu — właśnie za pośrednictwem czarnego rynku.

I tak pani Z., jak i wszyscy pozostali pracownicy, codziennie wynosiła (czytaj: kradła) pojedyncze sztuki towaru z miejsca pracy a następnie sprzedawała je sąsiadom, krewnym i znajomym. W ten sposób miesięcznie mogła zarobić drugą pensję czyli kolejne 200 rubli miesięcznie bo produkty kradzione były sprzedawane po cenach rynkowych, znacznie wyższych od urzędowych. I teraz dochodzimy do zjawiska kluczowego dla zrozumienia radzieckiej gospodarki niedoboru — czyli zachowań konsumentów. "No cóż", mógłby ktoś powiedzieć, "może i w Kabardyno-Bałkarii te swetry chodziły na czarno po 10 rubli, ale za to w Gruzji..." Gruzja była przecież ich planowym miejscem przeznaczenia, więc na pewno były one tam dostępne za kopiejki, prawda?

Otóż wcale nie — jeśli akurat w Gruzji poszła fama, że "rzucają" dobre swetry z Kabardyno-Bałkarii to swetry natychmiast stawały się towarem deficytowym (co zauważył János Kornai opisując gospodarkę niedoboru). Niekoniecznie nawet dlatego, że było ich fizycznie za mało – tylko dlatego, że na zwiększony popyt momentalnie odpowiadał "czarny" system dystrybucji. Transportowcy, dyrektorzy sklepów i sprzedawcy "zabezpieczali" sobie odpowiednie partie towaru w celu odsprzedaży "na szczególnych warunkach". Czyli krewnym, znajomym i ludziom "z koneksjami". To z kolei dawało im w lokalnej społeczności szczególną pozycję, którą mogli wykorzystać do nabycia innych dóbr deficytowych — ot, powiedzmy materiałów budowlanych.

W ten sposób marksistowski system dystrybucji towarów premiował osoby przedsiębiorcze i pozbawione skrupułów, skutkując trwającą ponad 70 lat negatywną selekcją. Ludzie żyli z kradzieży i w gruncie rzeczy ryzykowali więzieniem, bo kradzieże z miejsca pracy były formalnie zagrożone surowymi karami. Z drugiej strony władza nie mogła konsekwentnie tego przepisu egzekwować, bo kradli prawie wszyscy. Stąd schizofreniczna i budująca trwałą pogardę dla prawa sytuacja, w której dana norma społeczna jest fikcją, egzekwowaną tylko od wielkiego dzwonu w postaci procesów pokazowych. Kto wtedy wpadł, ten miał pecha — liczyło się jedynie czy miał krewnych w milicji i komitecie centralnym partii. A na codzień litera prawa nie miała znaczenia, podobnie jak samo piętno społeczne związane z pojęciem "kradzieży". Jak można piętnować coś, co robią wszyscy? Stąd eufemizmy — w PRL na przykład się nie "kradło", tylko "organizowało".

System utrwalał także bezkrytyczne i dialektyczne podejście do rzeczywistości. Kto tracił czas na zbędne refleksje nad "wartościami" ten utrudniał sobie uczestniczenie w "czarnym" rynku i był – jak mąż pani Z. – uważany za poczciwego ale w gruncie rzeczy nie dbającego o rodzinę. Co zabawne, "czarny" rynek za to uskuteczniał "prawdziwą" redystrybucję dóbr — bogaczami mogły stać się osoby na stanowiskach, których byśmy w dzisiejszych niesprawiedliwych czasach w ogóle o to w ogóle nie podejrzewali. Pokazuje to historia żywota pana L.

Jednym z zadań wyznaczonych republice Kabardyno-Bałkari była walka na froncie turystyczno-sanatoryjnym, więc sieć hotelowo-restauracyjna była w niej dość dobrze rozwinięta. Rzecz jasna, nie służyła lokalnym mieszkańcom, bo dostać się do niej można było albo dysponując voucherami albo ogromną gotówką. System służył dopieszczaniu partyjnych notabli z Moskwy, ceniących sobie "kaukaską gościnność", czy pożytecznych idiotów przywożonych z Zachodu by podziwiali piękno i bogactwo ZSRR.

W jednej z takich restauracji pracował pan L. — był w niej kierowcą, który woził z Moskwy zaopatrzenie do restauracji, oczywiście w ramach oficjalnego systemu dystrybucji. Pracując jako kierowca-zaopatrzeniowiec w ciągu kilku lat zbudował trzypiętrowy dom, kupił samochód i jeszcze założył trojgu dzieci w pełni opłacone książeczki mieszkaniowe, co w owych czasach jawiło się jako najlepsza inwestycja długoterminowa. Rzecz jasna nie z oficjalnej pensji, tylko kradnąc i odsprzedając przywożoną żywność na "czarnym" rynku, za co powszechnie go szanowano i chwalono jako niezwykle zaradnego.

Aby uświadomić sobie ogrom bogactwa, które zgromadził pan L. mając – jak byśmy dziś powiedzieli – kilkuprocentowy udział w obrocie restauracji (rzecz jasna lewy) spójrzmy na sytuację wspomnianych wcześniej państwa Z., którzy budowali dom w podobnym czasie. Z pensji rzędu 600 rubli miesięcznie (200 żona oficjalnie, 200 na lewo, mąż tylko 200 bo nie kradł) budowali parterowy dom ponad 10 lat, całkowicie własnymi siłami, czyli jak byśmy dzisiaj powiedzieli "systemem gospodarskim". W praktyce w budowie uczestniczyła cała rodzina, wliczając w to trójkę dzieci — po pracy i po szkole pracowali do zmroku przy kopaniu fundamentów, mieszaniu zaprawy, stawianiu ścian i tak dalej. Dziesięć lat to mniej więcej tyle ile trwała wtedy nauka w szkole podstawowej — najmłodszy potomek budował ten dom swoimi rękami od pierwszej do ostatniej klasy...

Ten ostatni temat, czyli pracę dzieci w ZSRR, rozwinę jutro. Na zakończenie dodam jedynie, że los trochę pokarał pana L.: wszystkie wkłady na książeczkach mieszkaniowych (czytaj: trzy mieszkania) zgromadzone za nakradzioną żywność przepadły mu podczas bandyckiej denominacji podczas rozpadu ZSRR. Obywatele okradali państwo, państwo okradało obywateli, zgodnie z rewolucyjnym hasłem "grab zagrabione".

Comments

Jak widać, w Polsce już

Jak widać, w Polsce już zaczynają się pojawiać te same pomysły:

To bardzo wychowawcze. Dzieci od przedszkola powinny uczyć się dbania o porządek. Jeśli będą zbierać papierki czy opróżniać kosze na śmieci, to być może w każdej z większych placówek będzie można zwolnić po jednej sprzątaczce

http://wsumie.pl/nauka/83341-dzieci-do-miotel