Podpis, SIMIK i RUM - głosuj na największe wpadki 20-lecia

Gdybym miał wskazać pomniki marnotrawstwa, niekompetencji, kolesiostwa i szemranych układów w informatyzacji polskiej administracji publicznej to są nimi systemy SIMIK, RUM oraz kwalifikowany podpis elektroniczny. Zapraszam do głosowania.

SIMIK jest dzisiaj bardziej znany (i przeklinany) pod nazwą "generator wniosków". W 2005 roku było o nim głośno bo istniało ryzyko, że Polska będzie musiała prosić Unię o przesunięcie terminu wypłaty środków bo - jakkolwiek głupio to brzmi - przez kilka lat nie potrafiła uruchomić systemu informatycznego do jego obsługi.

Na pierwszą wersję Ministerstwo Finansów wydało łącznie 15 mln zł a budowa przebiegała w tradycyjnym stylu polskiej informatyzacji - polityczna obsada stanowisk, kolesiostwo, karuzela kadrowa, niekompetencja, brak odpowiedzialności. Potem wydano jeszcze 250 tys. zł na audyt, który potwierdził... niedziałanie systemu i było już za późno. W ostatniej chwili, w panice, zamówiono zupełnie nowy system, którego budowa kosztowała... 100 tys. zł i który działa do dziś. Sprytnie, prawda?

» Głosuj na SIMIK!

Kwalifikowany podpis elektroniczny to z kolei pomnik nędzy intelektualnej polskich rządów od 1999 roku, które wykazały się całkowitym brakiem myślenia strategicznego i usługowego podejścia do obywateli. Zamiast tego przez 10 lat kolejni politycy dawali się wodzić za nos grupie kilkunastu firm, którym ostatecznie w 2005 roku sprawili prezent w postaci para-podatku trafiającego do ich kieszeni. Tymczasem w 10 lat po przyjęciu ustawy o podpisie elektronicznym pisma urzędowe przez Internet może składać ok. 1% Polaków.

» Głosuj na podpis elektroniczny!

Ostatni hit - zgłoszony z kolei przez Sławka Kosielińskiego - to Rejestr Usług Medycznych. Historię tego - powstającego od 1992 roku - tworu, który miał m.in. oszczędzać miliard złotych rocznie na fałszywych receptach opisałem w artykule Rejestr Usług Medycznych jako symbol impotencji państwa. Jakie uczucia budzi administracja, które przez 20 lat nie potrafi zbudować jednego systemu bo grupa prostaków czerpie korzyści z jego nieistnienia? Głównie zażenowanie, rozbawienie, politowanie...

» Głosuj na RUM!

Comments

Coś o RUM-ie

Pozwalam sobie wątpić w powszechne twierdzenia o oszczędnościach, który mógłby przynieść system RUM.

Fałszowanie recept polega na działalności tandemu lekarz-farmaceuta sporządzającego recepty w sposób "bezpacjentowy"i wyłudzającego dofinansowanie na leki, które tak na prawdę nie zostały sprzedane i użyte. Temu zjawisku system RUM rzeczywiście mógłby zapobiec, bo jednym z jego elementów był system druków ścisłego zarachowania służących jako recepty, który przechowywał pacjent. Z drugiej strony powstałoby wtedy zjawisko sprzedaży tych druczków przez nieuczciwych obywateli, podejrzewam, że wielu za butelkę piwa chętnie to zrobi. Chętnie zapoznam się z faktami, które wykażą na jakiej podstawie straty związane z fałszowaniem recept określa się jako wielomiliardowe.

Natomiast co do optymalizacji wydatków na służbę zdrowia: Aktualny system polega na comiesięcznej sprawozdawczości z każdej istotnej procedury medycznej i refundacji każdego leku. I co? Nic. Resort zdrowia posiada wszelkie istotne informacje o wydatkach na "Służbę Zdrowia" bez systemu RUM i dalej nic z tym nie robi.

Podstawowym problemem nie jest bowiem brak informacji i systemu sprawozdawczości, tylko brak koncepcji działania "Służby Zdrowia". Początkowo zakładano model konkurujących ze sobą skomercjalizowanych "Kas Chorych" a la Niemcy, ale wtedy po kiego grzyba potrzebny jest system pod egidą władz państwowych? Komu ma służyć, kto i za czyje pieniądze i po co ma toto obsługiwać? Obecnie nie słychać już o tworzeniu czegoś, co mogłoby rywalizować z NFZ, ale on wypracował sobie własne systemy sprawozdawczości. Złe funkcjonowanie tej instytucji nie wynika z braku informacji o wydatkach na zdrowie, tylko jak to określił gdzieś gospodarz bloga - "rozmytych celów jej istnienia". Pozostaje pytanie, czy "Służba Zdrowia" działająca na zasadzie ustawowo określonych składek zdrowotnych i państwowych instytucji je rozdzielających ma szanse dobrze działać.

Moim zdaniem skandalem jest sam fakt stworzenia koncepcji RUM i ładowania w niego pieniędzy. Był to przecież system niezgodny z koncepcją działania "Służby Zdrowia"

P.S Nie jestetm prostakiem - kłaniam się kobietom, przepuszczam pieszych na przejściach itd.

Dowód może anegdotyczny,

Dowód może anegdotyczny, ale... Prowadziłem kiedyś szkolenie z podpisu elektronicznego na Śląsku dla sektora publicznego. Na takich szkoleniach zawsze można było się dowiedzieć ciekawych rzeczy, bo uczestniczyli w nich ludzie "z pierwszej linii frontu", czyli urzędnicy średniego szczebla. U nich akurat nieco wcześniej wdrożono system śląskiej karty medycznej (oficjalnie to się nazywa chyba START), oczywiście wraz z całym backoffice i analizą danych. I teraz najlepsze.

W pewnym momencie z data miningu wyszło, że jedno z hospicjów zużywa absolutnie kosmiczne ilości anabolików - które AFAIR są przez nie używane w przypadku pacjentów z dystrofią mięśni. Ale te ilości, które zużywało to konkretne hospicjum przekraczały wszelkie możliwe normy nawet zakładając, że wszyscy pacjenci mieliby dystrofie. Co się okazało?

Otóż hospicjum prowadziło intratny biznes polegający na odsprzedawaniu refundowanych z budżetu anabolików - i to nie do siłowni, ale do... chlewni, gdzie używano ich do skarmiania tuczników.

Drugi dowód anegdotyczny - na ostatniej konferencji PTI w Wiśle dyrektor NFZ d/s informatycznych podawał konkretne cyferki z działających już programów pilotowych - bodaj na Mazowszu. W ciągu pół roku działania systemu udało się wykryć kilkanaście fraudów z czego kilka skutkowało wnioskami do prokuratury. Istotna jest też definicja fraudu stosowana przez NFZ - nie chodzi o jakieś pojedyncze lewe recepty, oni szukali tylko zorganizowanych i systematycznych punktów wycieku dużych ilości leków i usług medycznych.

Co do celowości samego RUM - IMHO jest on potrzebny w każdym modelu publicznych usług medycznych, w którym są one finansowane z budżetu państwa. Z prezentacji NFZ wynikało, że spełnia on szereg zadań, począwszy od potwierdzenia prawa do ubezpieczenia medycznego, a skończywszy na analizie efektywności i wykrywaniu fraudów.

Natomiast w pełni się zgadzam, że administracja publiczna jest denna jeśli chodzi o korzystanie z danych, które już posiada. Wielokrotnie zetknąłem się z tym, że tony niezwykle wartościowych danych statystycznych trafiają do urzędów różnego szczebla, gdzie są generalnie wrzucane w czarną dziurę i jest to czysta sztuka dla sztuki.

Ostatnio trochę się zdziwiłem, gdy po wystąpieniu do ZUS o zaświadczenie o niezaleganiu pani poinformowała mnie, że mam jakieś drobne, odsetkowe zaległości sprzed kilku lat. Przecież wyłapanie takich rzeczy w sposób automatyczny mając bazę danych to najprostsze co sobie można wyobrazić. Tymczasem najwidoczniej nie ma tam takiego procesu "wykrywania anomalii", tylko jest on uruchamiany na życzenie, kiedy trzeba zaświadczyć niezaleganie. Z biznesowego punktu widzenia to dziwne...

Dlaczego nie zapiszę się do PJN

No tak, ale te same sprawy fraudów wychodzą bez RUM-u i START-u na dotychczasowych systemach, wąskim gardłem jest "data mining" i chęć zajmowania się tym g...

Nie ma żadnej wątpliwości, że system ewidencji usług medycznych jest potrzebny, tak jak nie jestem prostakiem, nie jestem tez idiotą, aby twierdzić inaczej. Spór idzie o konkretny system - czyli działania znane jako RUM. Pierwsze miliony wydano na niego wtedy, kiedy nie wiadomo jeszcze było jaki kształt przybierze "Służba Zdrowia", zatem skąd do jasnej ciasnej mogli wiedzieć jego projektanci jak go zaprojektować. Do rozliczeń miał służyć zupełnie obłędny system druków ścisłego zarachowania, który przechowuje pacjent. Był to system zły i chory od samego początku.

Leży nieprzytomny - co należy zrobić? Przeszukać go czy nie ma bloczków druków RUM! Bez bloczków nie reanimujemy. Nie masz na piwo? Idź do dr X i sprzedaj 5 druczków - ze znajomym aptekarzem, kardiologiem i rehabilitantem zgarną kasę za refundację i coś odpalą.

Sprawa Sośnierza i jego kart magnetycznych to już kpina w żywe oczy. Nie można kompletu danych medycznych przechowywać wyłącznie na kartach magnetycznych stanowiących "wyposażenie" pacjenta. (Dlaczego? sam się domyśl Drogi Czytelniku). Stad wniosek, ze dane te musi przechowywać system. Zatem następne pytanie - po co karty magnetyczne i ich czytniki? W bankowości służą do obsługi automatycznych systemów typu bankomat i identyfikacji. Ale automatów leczących nie ma, a zidentyfikować delikwenta można w inny sposób.

Tak więc podtrzymuje swoje zdanie, że wpadką nie było niewdrożenie pomienionych systemów, ale właśnie forsowanie takich gniotów jak RUM i START przez grupę wesołych kolesi.

P.S. Nawet chciałem poprzeć PJN, napisać maila do Kluzik-Rostkowskiej z poparciem, czy coś w tym stylu, ale jak zobaczyłem tam Byłego Prezesa Kart Magnetycznych...

Dyrektor z NFZ na konferencji

Dyrektor z NFZ na konferencji PTI przedstawił dość racjonalny scenariusz wykorzystania indywidualnych kart mikroprocesorowych, a była nim niezaprzeczalność wykonania danej usługi medycznej.

Fakt, że potwierdzenie usługi wymaga równoczesnego użycia karty pacjenta oraz lekarza w terminalu w gabinecie ma utrudnić księgowanie fikcyjnych zdarzeń medycznych.

To wydaje mi się wiarygodne, bo sama statystyka może wskazac anomalie, ale już niekoniecznie udowodnić, że były one fraudami. Pacjent może nie pamiętać, może umrzeć lub zeznawać na korzyść lekarza-złodzieja.

Ale temat jest ciekawy, więc ciągnijmy dyskusję. Ja jestem laikiem w sprawach medycznych ale to nie jest problem na poziomie medycznym tylko na poziomie procesu biznesowego.

Postaram się tutaj ściągnąć tutaj ludzi z NFZ.

Ale temat jest ciekawy, więc

Ale temat jest ciekawy, więc ciągnijmy dyskusję.

NFZ tylko rozdziela kasę, nie czuje się zobowiązany do zapewnienia całościowej ochrony medycznej. Ludzie z NFZ-u, czy związani z firmami informatyczno-medycznymi zawsze będą bronić RUM-u bo liczą na zarobki przy wdrożeniach, sensowność swojej pracy mają głęboko w ... Zawsze będą podawać jakieś argumenty dotyczące szczegółowych spraw, na które ja znajdę kontrargumenty. Jakby byli rzeczywistymi fachowcami, to system lepiej by działał, to tak jakby pytać min. Grabarczyka o rozkład jazdy - już wierze w szczerość Jego wypowiedzi. Ale zasadnicze pytanie jest inne: czy się to opłaci, czy skala zjawiska jest z którym walczy system czytnikowo-kartowy uzasadnia jego wdrożenie i czy ominięcie barier nie będzie banalne.

Oczywiście - tak jak mówisz istnieją przewały związane z refundacją procedur, których nie było. Ale już rzadko zdarzają się takie głupki, które defraudują procedury na "martwe dusze", pacjentów, którzy nawet nie zjawili się w poradni. Bezpieczniej jest zrefundować wysokopłatną procedurę bez wskazań, często markując jej wykonanie zy robiąc to byle jak. Na przykład wykorzystać do szczepienia 1/10 ampułki szczepionki. Albo robić każdej pacjentce nie wiadomo po co histeroskopię (przykłady wzięte z życia). Temu system czytników i czipów nie zapobiegnie. Pozostaje sprawa procedur ze wskazań pilnych - nikt ich nigdy nie zwiąże z czytnikami. Kolejna sprawa to ludzie starsi, schorowani, niepełnosprawni - wprowadzenie czytników utrudni im dostęp do świadczeń - będą zapominać kart i każdy ich będzie próbował zbyć.

No dobrze, ale abstrahując na

No dobrze, ale abstrahując na chwilę od niskiej kulturze zarządzania w sektorze publicznym, to co piszesz sugeruje, że w ogóle nie da się zbudować publicznych usług medycznych. A dokładniej, jedynym systemem odpornym na takie nadużycia wydaje się absurdalnie rozbudowana kontrola w stylu leninowskim.

I tutaj moim zdaniem należy zastosować podejście ekonomiczne i zarządzenie ryzykiem. Tzn. jakie straty mogą generować różnego rodzaju oszustwa, jaka jest rentowność poszczególnych rodzajów oszustw oraz od czego zależy ich powodzenie. Wiedząc ile kosztują poszczególne ryzyka możemy dawać im odpór. Taki system może tolerować drobne fraudy, jeśli z ekonomicznego punktu widzenia są one nieistotne (a w razie wykrycia - karalne).

Odbiorcę usług (=pacjenta) interesuje sprawne wykonanie usługi, nieprzesadnie skrępowane biurokracją. Sponsora interesuje z kolei efektywność ekonomiczna, czyli - w gruncie rzeczy - by wydatki na zabezpieczenia przed fraudami nie przewyższały strat z tytułu fraudów :)

Oczywiście bardzo chciałbym zobaczyć taką analizę ryzyka przeprowadzoną przez NFZ lub MZ. Zdaję sobie sprawę, że jest to życzenie nieco utopijne bo nasza administracja w odróżnieniu od wszystkich innych dużych organizacji nie ma zwyczaju prowadzenia "evidence based policy". Tzw. "analiza ekspercka" ma tę zaletę, że po 10 latach można uzasadnić porażkę tym, że spowodowały ją "niemożliwe do odtworzenia uwarunkowania organizacyjno-prawne"* :)

* cytuję z pamięci rzecznika ZUS usprawiedliwiającego legendarny, trzynastoletni kontrakt na KSI ZUS

Zbudować system usług medycznych - jak?

to co piszesz sugeruje, że w ogóle nie da się zbudować publicznych usług medycznych. A dokładniej, jedynym systemem odpornym na takie nadużycia wydaje się absurdalnie rozbudowana kontrola w stylu leninowskim..

Nie jestem ekspertem od organizacji służby zdrowia, ale z tego co wiem - źle sprawują się systemy działające na zasadzie "refundowania procedur" przez jakoweś centralne urzędy. One zawsze są narażone na generowanie kosztów.

Alternatywą są systemy działające na zasadzie utrzymywania struktury zapewniającej "bezpieczeństwo zdrowotne". Wtedy kontrola i wycena procedur przeniesiona jest na niższy szczebel, właśnie tej jednostki, która zapewnia "bezpieczeństwo zdrowotne" danej grupie ludności.

Niestety w naszym kraju już się nie prowadzi dyskusji nad tym, czy w ogóle potrzebny jest jest system polegający na refundacji procedur przez quazipaństwowy urząd, który nie odpowiada za stan zdrowia swoich podopiecznych, nie ma też wpływu na pozyskiwanie środków. Nie bierze się przykładów z państw sąsiednich, gdzie są inne systemy, jak wieść gminna niesie - działające lepiej.

Dobrym przykładem dwóch opisanych systemów jest sprawa inwazyjnych procedur kardiologicznych - są one wysoko refundowane, płaci się za każdą procedurę, zatem jednostki kardiologii inwazyjnej powstają jak grzyby po deszczu, nawet po kilka w jednym budynku. Pojawił się więc problem dużych "mocy przerobowych" tych oddziałów przy jednocześnie tragicznym stanie oddziałów chorób wewnętrznych i tradycyjnej kardiologii, gdzie wcześniej i później leczy się (a gdy jest gorsza sytuacja - nie leczy) tych samych chorych. NFZ rozważa zmniejszenie wyceny procedury, aby część oddziałów kardiologii inwazyjnej "wziąć głodem". Rozwiązanie alternatywne mogłoby polegać na finansowaniu jednostek zapewniających "bezpieczeństwo kardiologiczne" we wszelkich aspektach, zgodne z aktualnymi procedurami i możliwościami finansowymi, w tym przybliżonej liczby procedur inwazyjnych, co mniej więcej da się wyliczyć z danych demograficznych. No ale rozkład jazdy na kolei też da się zrobić a go nie ma.

co wdrożenie to masakra

żeby nie zapomnieć o choćby o CEPiK-u i e-PUAP-ie :)

ePUAP jednak działa - sam z

ePUAP jednak działa - sam z niego często korzystam, choć nie mogę zapomnieć o tym jak wyglądał ten system pół roku po premierze w 2009 roku. CEPIK to dobry kandydat. Był jeszcze taki projekt rozległej sieci łączności dla administracji...

http://prawo.vagla.pl/node/8485

mój głos oddaję na Płatnika

mój głos oddaję na Płatnika - chyba najdroższe wdrożenie najbardziej ograniczonego i błednego systemu krajowego.

Też dobre, proponuję zgłosić

Też dobre, proponuję zgłosić :)