Kolejna diagnoza stanu polskiej nauki

Przypadkowo zbiegły się w czasie dwie analizy stanu nauki polskiej - jedna empiryczna, druga analityczna. Z obu wynika właściwie to samo.

Anuszka pyta Gdzie jest nauka polska? i publikuje diagram cytowań wg indeksu Thomsona demonstrujący gdzie - polska nauka jest w większości po lewej stronie, grubo poniżej średniej.

Anuszce poniekąd odpowiada MNiSW, które w uzasadnieniu do nowej ustawy w punktach przedstawiło następującą diagnozę:

Identyfikując słabości polskiego systemu szkolnictwa wyższego należy zwrócić uwagę na:

1) brak mechanizmów projakościowych w systemie finansowania – w dotychczasowym systemie finansowania szkół wyższych w Polsce nie tylko nie istnieje żadna specjalna dotacja, która byłaby ukierunkowana na premiowanie jakości badań i kształcenia uczelni ale też w obowiązującym algorytmie służącym podziałowi dotacji stacjonarnej waga wskaźników jakościowych względem tzw. „stałej przeniesienia” jest znikoma;

2) niski stopień umiędzynarodowienia studiów – często używanym wskaźnikiem mierzącym stopień umiędzynarodowienia szkolnictwa wyższego danego kraju jest stosunek liczby obcokrajowców do całej populacji studentów. W Polsce wynosi on 0,5 %. Dla porównania na Słowacji wskaźnik ten wynosi 0,9 %, na Węgrzech 3,3 %, w Czechach 6,3 %, natomiast średnia dla krajów Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) to 9,6 %. Te dane statystyczne wskazują, że oferta dydaktyczna polskich uczelni pozostaje mało atrakcyjna dla studentów z zagranicy;

3) niewłaściwą strukturę kierunków kształcenia - nieproporcjonalnie szerokie rozbudowanie segmentu masowych kierunków społecznych i pedagogicznych, szczególnie w formie studiów niestacjonarnych, rozmija się z oczekiwaniami pracodawców. Zbyt mało natomiast mamy absolwentów kierunków ścisłych, technicznych oraz związanych ze zdrowiem. Na poziomie kraju stanowi to zagrożenie dla przyszłego tempa rozwoju społeczno-gospodarczego, a na poziomie indywidualnym powoduje niekorzystną sytuację, w której wyższe wykształcenie zwiększa w Polsce zarobki średnio tylko o 28 %, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych o 76,8 %, w Portugalii o 68,8 %, a we Francji o 64,6 %. Polska zajmuje też dopiero 19 miejsce w Unii Europejskiej (UE) pod względem stopnia dostosowania systemu szkolnictwa wyższego do potrzeb gospodarki;

4) skomplikowaną ścieżkę kariery naukowej - w ciągu ostatnich 20 lat w Polsce ponad trzykrotnie wzrosła liczba bronionych doktoratów, co nie miało jednak przełożenia na równie szybki wzrost liczby nauczycieli akademickich ze stopniem doktora habilitowanego – uprawnionych m.in. do prowadzenia samodzielnych badań naukowych oraz pełnienia funkcji promotorskich. Konsekwencją tego spowolnienia kariery naukowej jest niekorzystna struktura wiekowa społeczności polskich uczonych. Pracownicy nauki uzyskują samodzielność w bardzo późnym wieku. Deficyt napływu młodej kadry akademickiej jest szczególnie widoczny w zestawieniu z lawinowo wzrastającą liczbą studentów w ciągu ostatnich dwudziestu lat;

5) system zarządzania uczelniami - niemal wszystkie raporty międzynarodowych organizacji, takich jak OECD i Bank Światowy, dokonujących cyklicznych ewaluacji polskiego szkolnictwa wyższego podkreślają konieczność modernizacji ustroju uczelni, który w obecnej formie nie sprzyja budowaniu ich silnej pozycji międzynarodowej;

6) słabe powiązanie uczelni z otoczeniem społeczno-gospodarczym – nadal zbyt słaba jest współpraca uczelni ze środowiskiem pracodawców z sektora publicznego, komercyjnego oraz pozarządowego. Oferta dydaktyczna większości polskich uczelni ma charakter podażowy, jest nieelastyczna oraz rzadko podlega zewnętrznej ewaluacji pod względem efektów kształcenia. W wymiarze badawczym, polskie uczelnie, poza nielicznymi wyjątkami, stworzyły zbyt słabe mechanizmy instytucjonalne pozyskiwania funduszy (kontraktów) na badania i ekspertyzy od podmiotów zewnętrznych, zwłaszcza komercyjnych. Ponadto OECD wskazuje na konieczność większego zaangażowania pracodawców, zarówno publicznych jak i niepublicznych, w tworzenie i ocenę programów nauczania na poziomie uczelni.

Problem z powyższymi punktami jest ten sam co ze wszystkim w Polsce - czyli rozmyte cele instytucji sektora publicznego. No bo ma taka polska uczelnia wpisane w Misji na przykład: "uczelnia przekazuje przyszłym absolwentom nowoczesną wiedzę i umiejętności". Wypisz wymaluj to samo co MITy i Oxfordy.

Ale w praktyce okazuje się, że faktycznym celem istnienia uczelni jest także realizacja zadań z okolic pomocy społecznej (etaty z litości), redukcji bezrobocia (etaty dla znajomych, których nigdzie nie chcą) i polityki prorodzinnej (etaty dla wielopokoleniowych rodzin). Niczyjej pracy realnie oceniać nie wolno, bo jak tu oceniać wuja albo mamę - jak potem spojrzeć w oczy na Wigilii?

Z tego wychodzą takie standardy oceny pracy nauczycieli, które służą temu żeby w gruncie rzeczy nie oceniać. W czym pomogą też związki zawodowe przypominając, że przecież skoro państwo ma w jakiejś strategii wpisaną "politykę pełnego zatrudnienia" - to i uniwersytet, i szkoła, i sąd powinny dołożyć swoją cegiełkę do jej realizacji.

A że gdzieś po drodze ginie ta "nowoczesna wiedza i umiejętności" bo przerośnięte etaty zjadły cały budżet, a nepotyzm - konkurencję? Wicie, rozumicie, pani nie zna realiów.

Comments

antropologia

A nie rozważałeś zdobycia tytułu naukowego z antropologii? Może zdobyłbyś do arsenału więcej racjonalizacji, dlaczego polskie społeczeństwo nie działa skutecznie w konfrontacji ze swoimi domniemanymi mission statements? Mógłbyś wówczas wyrażać się w pozytywnych zdaniach oznajmiających na łamach scientific journals o tradycji wieków średnich niesionej przez wiek 21 na polskim terytorium etnograficznym. ;)

Oczywiście powyższe można odbierać ironicznie, bo to w sumie społeczeństwo ma problemy, a nie Ty, żeby sobie 5 lat z życia wyjmować. ;)

Z innej beczki Robin Hanson z http://www.overcomingbias.com/ jest fajny w wynajdowaniu prawdziwych wektorów kierujących członkami społeczeństw. No, podpiera się badaniami amerykańskimi, ale część obserwacji jest trafna i do realiów polskich.

wyrażać się w pozytywnych

wyrażać się w pozytywnych zdaniach oznajmiających na łamach scientific journals o tradycji wieków średnich niesionej przez wiek 21 na polskim terytorium etnograficznym. ;)

To jest jak najbardziej poważne pytanie - tzn. który model jest lepszy: "racjonalno-korporacyjny" ze ścisłą kontrolą wydatków socjalnych itd, czy "miłosierny", w którym generalnie nie przejmujemy się, którędy płyną pieniądze i każdy urząd dokłada swoją cegiełkę do pomocy społecznej.

Problem z tym drugim modelem jest jednak taki, że naturalnie ciąży on w stronę konserwacji biedy czy wykluczenia zamiast ich eliminowania. Pisałem trochę na ten temat parę miesięcy temu:

http://echelon.pl/content/o-sztuce-racjonalizacji-nicnierobienia

globalnysmietnik

Rozmyte cele instytucji sektora publicznego Tak, to bardzo celne ujęcie problemu. Jeszcze celniejsze jest podkreślenie Autora, iż nie pomogło samo sformułowanie tych celów w sposób nierozmyty i jednoznaczny a la Oxford. Drążąc dalej temat przyczyny złego stanu polskiej nauki pozwolę sobie na dwa odniesienia.

Jedno - dotyczy częstej choroby o nazwie "osteoporoza". Charakteryzuje się ona mniejszą gęstością mineralną kości oraz - uwaga - gorszą jakością kości. Przy czym sprawa jakości nie jest zdefiniowana jednoznacznie, nie ma też aparatów mierzących tę jakość. Wiemy, że kość sprawuje się gorzej, nie wiemy dokładnie dlaczego, konstatujemy istnienie gorszej jakości.

I tutaj jest odniesienie do naszych instytucji publicznych, form życia społecznego i ludzi je tworzących. Nie da się tego dokładnie uchwycić, ale samo sformułowanie Misji nie pomogło.

Drugie odniesienie to znane rzymskie powiedzonko: "cóż znaczą ustawy bez obyczajów?" Przypuszczam, że gdyby nawet standardy ocen nauczycieli i wszystkie inne rozwiązania prawno-ustawowe zostały dopięte na ostatni guzik - wiele to nie pomoże. Wszystkie strony układu społecznego są zainteresowane status quo.

Trafny komentarz. Co do

Trafny komentarz. Co do utrzymania status quo to w oczywisty sposób nie są nim zainteresowani ci, którzy ten bajzel sponsorują ze swoich podatków. Różnica w stosunku do PRL czy Polski Dzielnicowej jest taka, że ludzie sa bardzo mobilni i państwa muszą zabiegać o swoich obywateli (=płatników podatków) tak jak to robi sektor prywatny. Jeśli administracja tego nie zrozumie to się obudzi z ręką w nocniku, z byłymi urzędnikami snującymi się po ulicach bez pensji (bo kto go zatrudni?) i bez emerytur (bo z czego ją wypłacić?). A to jak dokonają zmiany kulturowej w swoich szeregach to już ich problem - tzn. nasz też, ale klucz do jego rozwiązania leży w ich rękach.

Co do utrzymania status quo

Co do utrzymania status quo to w oczywisty sposób nie są nim zainteresowani ci, którzy ten bajzel sponsorują ze swoich podatków

Jeśli administracja tego nie zrozumie to się obudzi z ręką w nocniku, z byłymi urzędnikami snującymi się po ulicach bez pensji (bo kto go zatrudni?)

I tu się nie zgadzamy. Nigdy tak nie będzie.
Przede wszystkim znaczna część naszego, jak i każdego społeczeństwa nigdy nie zdecyduje się na "wzięcie losu w swoje ręce" na przykład emigrację i zrezygnowanie z status quo.

W gminie Hajnówka wybrano kiedyś na stanowisko samorządowe byłego szefa SB ponieważ jak wypowiadali się mieszkańcy"załatwił ojcu prace przed 20 laty". Część społeczeństwa tak właśnie widzi swoje szanse życiowe - załatwianie, kombinowanie, znajomości, układy rodzinne itd, przykład Hajnówki pokazuje, że nie jest to mało znaczący odsetek.

Poza tym zawsze będą jacyś płatnicy podatków - międzynarodowe korporacje zainteresowane tanią siła roboczą, surowcami naturalnymi, tranzytem itd.

Jest wiele przykładów państw urzędniczo-oligarchicznych, o gorszym funkcjonowaniu struktur państwa (z naszego subiektywnego punktu widzenia) i one jakoś nie upadają.

Nie wiem na czym polega fenomen zbudowania dobrze funkcjonującego państwa, co daje ową lepszą "jakość" instytucji społecznych, ale jest to raczej wyjątek a nie reguła.

Zaczynając od końca - dobre

Zaczynając od końca - dobre państwo zaczyna się od ustalenia zasad i konsekwentnego ich przestrzegania. U nas od 1990 roku było ok 400 rozmaitych strategii (K. Rybiński to podliczał), ale ostatecznie zawsze i tak przychodzi poseł, dyrektor albo minister z tekstem "róbcie k..wa tak jak mówię bo tak". Dotrzymywanie słowa dla długoterminowych korzyści zwykle wiąże się z jakimiś wyrzeczeniami krótkoterminowymi, a u nas nikt z tego nie chce rezygnować. To przecież dziecinne.

To "załatwianie" znam z pierwszej ręki. W Krakowie jest wydział sądu, gdzie wszyscy mówią sobie per "mamo" i "tato" a procedurami sądowymi zajmują się ludzie po AWF czy zawodówce. Działa to rzecz jasna kulawo, więc konsumenci usług sądów mają pretensje. Jakakolwiek próba choćby nawet ujawnienia nepotyzmu (próbowała J. Pitera) budzi zaciekły opór a ci sami ludzie mają jeszcze czelność oburzać się gdy ktoś publicznie mówi o niekompetencji sadów (jak ostatnio Dziennik Polski), że "podważa ich autoryret". Dla mnie to schizofrenia lub jak ktoś woli orwellowskie dwójmyślenie.

Natomiast w sytuacji kiedy większość okolicznej populacji taki pogląd wyznaje i życie w danym regionie staje się nieznośne, to ja nie mam żadnych oporów, by ten region opuścić i przenieść się tam, gdzie jest lepiej. Patriotyzm nie jest tożsamy z masochizmem. Trzeba korzystać z sytuacji - być może tymczasowej - gdy migracja jest łatwa i tania, a granice otwarte :)

Natomiast w sytuacji kiedy

Natomiast w sytuacji kiedy większość okolicznej populacji taki pogląd wyznaje i życie w danym regionie staje się nieznośne, to ja nie mam żadnych oporów, by ten region opuścić i przenieść się tam, gdzie jest lepiej. Patriotyzm nie jest tożsamy z masochizmem. Trzeba korzystać z sytuacji - być może tymczasowej - gdy migracja jest łatwa i tania, a granice otwarte :)

Pisząc, że duża część społeczeństwa nigdy nie wyemigruje nie miałem na myśli niby patriotycznych i dość dziwacznych opinii, co do których mam poważne wątpliwości, jaka motywacja kieruje ich twórcami

Pamiętam taką wypowiedź Gudzowatego, który odradzał inżynierom emigrację zarobkową, bo praca w kraju jest miła i patriotyczna. Drugi przykład to Profesor, kierownik Zakładu Filozofii i Bioetyki CM UJ Jan Hartmann, który będąc profesorem filozofem i etykiem zupełnie poważnie twierdzi, iż naukowiec-doktorant to powinien żyć ze stypendium wystarczających na miejsce do spania w akademiku i w takich warunkach pisać prace naukowe.

Miałem na myśli tę cześć społeczeństwa dzisiaj nazywaną "mało kreatywną" a la "moherowe berety" - wyśmiewane i pogardzane przez co bardziej odważnych internetowych asów, bez refleksji skąd się to zjawisko wzięło. Oni nie wyemigrują, zawsze będą łupieni przez podatki, łapówki, datki i opłaty na dekodery.