Kołakowski o dialektycznym i historycznym materializmie

Marksizm to ideologia szczególna: Marks i Engels pisali językiem tak pokrętnym, rozwlekłym i zagmatwanym, że mało kto w ogóle zadał sobie trud przebrnięcia przez jej kluczowe księgi, takie jak "Kapitał". Skutek tego jest taki, że większość tych, którzy deklarują, że są marksistami albo przynajmniej, że "Marks miał sporo racji" w gruncie rzeczy nie znają jego podstawowych tez w ogóle.

Nawet współcześni kapłani marksizmu mają problemy ze zrozumieniem wywodów Marksa. Np. David Harvey, amerykański geograf uchodzący za jednego z najmodniejszych obecnie wykładowców marksizmu, w swojej książce A Companion to Marx's Capital kilkukrotnie z pewnym zakłopotaniem zauważa, że argumentacja w komentowanym akurat rozdziale jest nieco mętna lub pogmatwana (w oryginale cryptic), co oczywiście nie przeszkadza mu w kreatywnym wyciąganiu z niej tego co mu akurat pasowało w 2010 roku. Tak jak nie przeszkadzało w Leninowi, Trockiemu czy Stalinowi w interpretowaniu jej tak jak tego potrzebowali w ówczesnym kontekście historycznym. Harvey robi to zresztą w dokładnie taki sam sekciarski sposób jak poprzednicy, analizując tekst słowo po słowie i wyciągając daleko idące wnioski z tego ile razy Marks użył słowa "appears to be" a ile razy "is"...

Jeśli o mnie chodzi, to najlepszą książką o marksizmie są Główne nurty marksizmu Leszka Kołakowskiego w trzech tomach, wydane także w jednym tomie po angielsku (Main Currents of Marxism: The Founders, the Golden Age, the Breakdown). Książkę czytałem oryginalnie po polsku, w trzytomowym wydaniu PWN z 2009 roku, wersję angielskojęzyczną kupiłem głównie by używać jej jako źródła dla Wikipedii. Osoby, które chciałyby się po prostu dowiedzieć "o co w tym całym marksizmie chodzi" powinny od razu sięgnąć po Kołakowskiego tom trzeci, pod tytułem "Rozkład", ponieważ pierwsze dwa tomy, pomimo, że ciekawe, mogą nieco znudzić drobiazgową analizą poszczególnych frakcji i odłamów w stylu "a Enoch żył sześćdziesiąt lat, i pięć, i spłodził Matuzalema", które odbierają chęć do życia przed dobrnięciem do tomu trzeciego.

Problem z krytyczną analizą marksizmu polega niestety na tym, że po upadku bloku komunistycznego w latach 1989-1991 prawie wszyscy oddali tony tomów "Kapitału" na makulaturę, odetchnęli z ulgą i starali się o tych bredniach jak najszybciej zapomnieć. Nieliczna grupka prawowiernych natomiast tomy te pracowicie zeskanowała i wystawiła do Internetu — obecnie można zatem bez trudu znaleźć miliony słów Marksa, Engelsa, Lenina, Plechanowa, Stalina i innych przy pomocy Google, ale wysokiej jakości publikacje krytyczne są dostępne głównie w papierze i nadal pod ochroną praw autorskich.

Zachęcając zatem do zakupu wszystkich tomów Kołakowskiego, chciałbym przynajmniej trochę zrównoważyć ten bilans zamieszczając poniżej, na prawach cytatu, niewielkie ale moim zdaniem istotne fragmenty trzeciego tomu. Są one kluczowe bo mówią o absolutnych podstawach marksizmu, czyli dialektyce materialistycznej ("diamat") i historycznej ("histmat"):

Diamat składa się z twierdzeń różnego rodzaju. Niektóre z nich są banałami zdrowego rozsądku i nie zawierają nic specyficznie marksistowskiego. Inne są filozoficznymi wyznaniami wiary, niedowodliwymi i nierozstrzygalnymi za pomocą środków naukowych. Jeszcze inne są po prostu nonsensami. Do czwartej kategorii należą twierdzenia, które mogą być interpretowane rozmaicie i zależnie od interpretacji należą do jednej, drugiej lub trzeciej z wymienionych poprzednio.

Z tych "praw dialektycznych" wynika cała rozbudowana konstrukcja ekonomiczna, społeczna i polityczna marksizmu. Tymczasem Kołakowski otwartym tekstem mówi, że te "prawa" są po prostu zbiorem "banałów" — jest to obserwacja, której dokonuje prawdopodobnie każdy czytający Marksa po raz pierwszy, tylko wobec wielkiego autorytetu filozofa nie ma zwykle śmiałości jej uzewnętrznić, uznając, że widocznie czegoś tutaj jeszcze nie zrozumiał.

Kołakowski podaje konkretne przykłady:

Wśród twierdzeń, które są zdroworozsądkowymi banałami, znajdują się takie „prawa dialektyki", jak powiedzenie, że wszystko na świecie jest jakoś powiązane lub że wszystko się zmienia. Twierdzenia te nie są przez nikogo kwestionowane, ale ich wartość poznawcza i naukowa jest znikoma. Twierdzenie o wszechzwiązku zjawisk mogło mieć, to prawda, pewien sens filozoficzny w innych kontekstach - na przykład w metafizyce Leibniza lub Spinozy - jednakże w marksizmie-leninizmie nie prowadzi ono do żadnych konsekwencji poznawczo lub praktycznie znaczących. Wszyscy wiedzą, że zjawiska w świecie są powiązane ze sobą, problemy naukowej analizy świata polegają jednak nie na tym, w jaki sposób brać pod uwagę ów wszechzwiązek - gdyż to jest właśnie niemożliwe - ale jakie związki wyróżniać jako ważne, jakie zaś pomijać. W tej zaś sprawie marksizm-leninizm ma do zaoferowania wyłącznie powiedzenie, że w łańcuchu zjawisk jest zawsze „główne ogniwo", za które należy uchwycić. Powiedzenie to, jak się zdaje, znaczy tyle, że w praktycznych zachowaniach pewne związki między rzeczami są, zależnie od celów, jakie sobie stawiamy, ważne, a inne nieważne lub mniej ważne. Jest to także trywialna prawda zdrowego rozsądku, pozbawiona poznawczej wartości, skoro nie wynikają z niej żadne reguły, które by ustalały hierarchię ważności związków dla jakiegokolwiek wypadku poszczególnego. To samo odnosi się do powiedzenia, że „wszystko się zmienia"; wartość poznawczą mają tylko empiryczne twierdzenia, które opisują poszczególne zmiany, ich charakter, tempo itd. Powiedzenie zaś Heraklita miało sens filozoficzny za czasów Heraklita, lecz zeszło rychło do rzędu
obiegowych mądrości, znanych każdemu. (...)

Do drugiej kategorii należą, jakeśmy powiedzieli, niedowodliwe wyznania wiary. Do takich zaliczyć trzeba, przede wszystkim, samą tezę główną materializmu. Teza ta, wskutek niskiego poziomu analitycznego marksizmu, nie jest na ogół formułowana w sposób jasny, ale tendencja jej jest mimo to dość wyraźna. Była już mowa o tym, że twierdzenie „świat jest z natury materialny" traci zupełnie sens, jeśli się definiuje materię tak, jak Lenin to uczynił, to jest abstrahując od jej fizycznych własności, a pozostawiając wyłącznie „obiektywność", to znaczy (wedle Lenina) „bycie niezależnym od świadomości". Pomijając bowiem fakt, że w ten sposób pojęcie świadomości założone jest w samym pojęciu materii, powiedzenie, że „świat jest materialny" znaczy tyle, że świat jest niezależny od świadomości. Lecz powiedzenie takie, jeśli odnosi się do „wszystkiego", nie tylko jest jawnie fałszywe - skoro pewne zjawiska w świecie, zgodnie zresztą z marlcsizmem-leninizmem, zależne są od świadomości - ale nie załatwia wcale sprawy, o którą w materializmie chodzi; wszakże Bóg, anioły i diabły są także, wedle wyobrażeń religijnych, od świadomości ludzkiej niezależne. Jeśli z kolei definiuje się materię przez cechy fizyczne - rozciągłość, nieprzenikliwość itd., wówczas zachodzi obawa, że może się okazać, iż cechy te, albo niektóre z nich nie przysługują mikroobiektom, które wobec tego utraciłyby swoją „materialność". W pierwotnych wersjach materializm zakładał, że wszystkie rzeczy jakie istnieją, mają te same własności, co przedmioty życia codziennego. W gruncie rzeczy jednak chodziło o pewną tezę negatywną: o to, że nie ma żadnej rzeczywistości zasadniczo różnej od tej bezpośrednio spostrzeganej i że świat nie został stworzony przez istotę rozumną. Tak zresztą sformułował sprawę Engels: ostatecznie w materializmie chodzi o stworzenie świata bez Boga. Otóż jest wyraźne, że twierdzenie, iż świat nie został stworzony przez Boga, nie może być empirycznie udowodnione, podobnie jak teza przeciwna. Nie ma i nie może być naukowo wartościowych dowodów nieistnienia Boga i racjonalistyczne doktryny odrzucają istnienie Boga opierając się na zasadzie ekonomii myślenia (wyklętej przez Lenina), nie zaś opierając się na empirycznych informacjach: w tym celu doktryny te muszą uprzednio przyjąć postulat, iż mamy prawo uznać istnienie czegokolwiek tylko o tyle, o ile doświadczenie do tego zmusza. Restrykcja ta z kolei sama jest przedmiotem sporu, a jej ugruntowanie wymaga pewnych założeń i pewnych warunków nałożonych na pojęcie doświadczenia, które oczywiste wcale nie są. Nie wdając się jednak w ten spór, możemy ustalić tyle tylko, że sama teza materializmu, gdy się ją tak przeformułuje, nie jest twierdzeniem nauki, lecz wyznaniem wiary. To samo dotyczy „substancji duchowej" i „niematerialności świadomości ludzkiej". Ze ludzka świadomość podlega wływom fizycznych procesów, było to wiadome ludziom odwiecznie: nie trzeba było długich badań naukowych, aby wiedzieć, że można, na przykład, człowieka ogłuszyć uderzając go maczugą po głowie. Jednakże wszystkie późniejsze badania nad zależnością procesów świadomości od różnych okoliczności fizjologicznych nie przesądziły niczego więcej w sprawie, o którą chodzi. (...)

Do trzeciej kategorii twierdzeń diamatu, to jest do nonsensów, zaliczyć należy twierdzenie, że wrażenia „odbijają" rzeczy w tym sensie, iż są do nich podobne. Jest to twierdzenie Lenina, który w tym punkcie atakował Plechanowa. Nie wiadomo, co ma znaczyć założenie, iż pewien proces zachodzący w komórkach nerwowych albo nawet subiektywny akt uświadomienia sobie tego procesu, jest „podobny" do przedmiotów albo procesów zachodzących w świecie, tych mianowicie, które na mocy doktryny wywołują przyczynowo odpowiednie zmiany w komórkach nerwowych. Do nonsensów w diamacie należy także zaliczyć powiedzenie (które nie zostało wprawdzie w takiej formie nigdzie kanonizowane przez Stalina, ale jest systematycznie powtarzane za Plechanowem w wykładach marksizmu), wedle którego logika formalna „stosuje się" do zjawisk w spoczynku, zaś logika dialektyczna - do zmian. Nonsens ten jest zwyczajnie wynikiem ignorancji logicznej marksistów-leninistów, którzy nie wiedzą, jaki sens mają wyrażenia logiki formalnej i nie zasługuje na dyskusję.

W każdej przychylnej publikacji na temat marksizmu pojawia się teza, że jest on "naukowy". Tę "naukowość", która w rzeczywistości była nie tylko pseudo-naukowa ale często absolutnie antynaukowa, upodobała sobie zwłaszcza interpretacja radziecka marksizmu. Tyle na ten temat ma do powiedzenia Kołakowski:

Stąd właśnie, że tego typu powiedzonka przedstawiane są jako głębokie odkrycia marksizmu, nieznane skądinąd, pochodziła wiara wyznawców marksizmu-leninizmu, iż „nauka" potwierdza marksizm. Ponieważ prawdy nauk empirycznych i historycznych na ogół mówią o tym, że coś z czymś jest powiązane albo coś się jakoś zmienia, tedy można bez obawy założyć, że każde nowe odkrycie naukowe będzie tak rozumiany „marksizm" potwierdzać. (...)

Że wiele zjawisk wpływa na siebie wzajem, że w społeczeństwie ludzkim są walki i niezgodne interesy, że ludzie często powodują swymi działaniami skutki przeciwne ich intencjom - wszystko to należy do zasobów prawd obiegowych i przedstawianie ich jako „metody dialektycznej", która głębią swą kontrastuje z myśleniem „metafizycznym", jest tylko dodatkowym przykładem typowo marksistowskiego samochwalstwa; jest jednak typowe dla marksizmu, że tradycyjne, od wieków znane truizmy przedstawia on jako olbrzymiej wagi naukowe odkrycia, dokonane przez Marksa i Lenina.

Tu warto dodać, że bardzo podobną krytykę marksizmu jako pseudo-nauki opublikował w 1963 roku Karl Popper. Wszystkie krytyczne uwagi na temat podstawowy "praw marksizmu" prowadzą Kołakowskiego do następującej konkluzji dotyczącej praktyki systemu radzieckiego:

Funkcja społeczna „diamatu" i „histmatu" i w ogólności sowieckiego marksizmu-leninizmu polegała i polega na tym, że jest on ideologią samogloryfikacji i samousprawiedliwienia rządzącej biurokracji w tym kraju, włączając ekspansywną i imperialistyczną politykę państwa sowieckiego. Wszystkie filozoficzne i historyczne zasady składające się na marksizm-leninizm kulminują ostatecznie i objawiają swój sens w kilku prostych wnioskach: socjalizm definiuje się jako państwowa własność środków produkcji, socjalizm jest historycznie najwyższym ustrojem społecznym i reprezentuje interesy wszystkich ludzi pracy; ergo sowiecki system władzy jest wcieleniem postępu i jako taki ma automatycznie rację przeciw wszystkim swoim przeciwnikom. Filozofia i teoria społeczna oficjalna nie są czym innym, jak samochwalczą retoryką warstwy rządzącej i uprzywilejowanej państwa sowieckiego.