Jaki wpływ na dobrobyt mają instytucje społeczne?

Nierówności między społeczeństwami to zagadnienie, któremu wiele uwagi poświęcają socjologowie i historycy. Dlaczego jedne kraje są biedne, a inne bogate? Dlaczego dotyczy to społeczeństw, które nie wykazują większych różnic etnicznych czy geograficznych?

Ciekawy punkt widzenia na tę kwestię przedstawia Daron Acemoğlu w niewydanej niestety dotąd po polsku książce Why Nations Fail: The Origins of Power, Prosperity, and Poverty — i swój wykład zaczyna od dość obrazowego przykładu. Jest nim miasteczko Nogales, leżące na granicy między Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem. Różnice między tymi dwoma częściami Nogales, zamieszkiwanymi przez takich samych ludzi, żyjących w tych samych warunkach geograficznych i na tej samej ziemi, są znaczące — średni dochód na mieszkańca amerykańskiej części Nogales jest trzykrotnie większy od części meksykańskiej, podobnie wszystkie inne współczynniki określające jakość życia. Łatwo również znaleźć inne przykłady tego typu: Niemcy Wschodnie i Zachodnie, Korea Północna i Południowa.

W każdym przypadku jedyne co różni tych ludzi to system społeczno-polityczny, w którym żyją. Według Acemoğlu to on właśnie jest kluczowym czynnikiem determinującym bogactwo lub nędzę narodów, od Europy po Afrykę. Nie położenie geograficzne (hipoteza popularyzowana przez Jareda Diamonda, dla odmiany wydanego po polsku w książce "Strzelby, zarazki, maszyny. Losy ludzkich społeczeństw"), nie dostępność surowców naturalnych (tu negatywnym przykładem wyróżniają się kraje afrykańskie czy Rosja), nie kultura czy religia (protestancka etyka pracy Webera).

Hipotezy pochodzenia nierówności cywilizacyjnych

Acemoğlu odrzuca także "hipotezę ignorancji", czyli, że biedne społeczeństwa są biedne bo nie mają wystarczającej wiedzy o tym jak zorganizować się w sposób efektywny. Ta konkretna hipoteza jest dość popularna w Polsce i sprowadza się do popularnego przekonania, że "rządzą nami debile". O ile w wielu przypadkach niekompetencja władz jest niewątpliwym faktem, o tyle, jak uważa Acemoğlu, generalnie większość rządów jak najbardziej ma świadomość jak możnaby zorganizować życie lepiej, sprawniej i sprawiedliwiej. Ale wiedzieć jak coś zrobić, a faktycznie to zrobić, to dwie różne rzeczy — i większość złych rządów zwyczajnie nie chce tego robić bo ma ku temu konkretne, racjonalne (ze swojego punktu widzenia) powody.

Autor przytacza tutaj przykład Ghany, gdzie rząd, któremu doradzali brytyjscy ekonomiści Arthur Lewis (noblista) i Tony Killick, wybudował ogromny, rozsiany po całym kraju kompleks przemysłowy. System fabryk był z punktu widzenia ekonomii zupełnie absurdalny, bo zakłady tworzące naturalny ciąg dostaw były położone w różnych częściach kraju, oddalonych o setki kilometrów. Sytuacja nieco podobna jak znany wszystkim krakusom paradoks huty stali im. Lenina czy huty aluminium w Skawinie, obu położonych co najmniej sto kilometrów od najbliższych złóż surowców hutniczych, w mieście, które nigdy przemysłowym nie było.

Ale wytłumaczenie tych absurdalnych z racjonalnego punktu widzenia inwestycji jest stosunkowo proste. Rząd Kwame Nkrumah nie budował ich jako inwestycji w dobrobyt kraju — budował je jako inwestycję w poparcie polityczne dla samego siebie. Jako specyficzną formę łapówki dla dominujących grup zamieszkujących poszczególne regiony. Z lokalnego podwórka mogę wskazać choćby dwa słynne krakowskie stadiony za 800 mln zł czy powstającą właśnie halę do rugby (!) za 6 mln zł. Są to inwestycje, których właściwie w ogóle nie należałoby nazywać ich "inwestycjami" bo słowo to oznacza wydatek, który podnosi się w celu pomnożenia pieniędzy, a wymienione budowle nie zwrócą się nigdy. Przynajmniej nie w sensie ekonomicznym — ale nie o to tutaj chodzi.

Acemoğlu zauważa zatem, że naiwnością jest oddzielanie ekonomii od polityki. Ekonomia może zacząć w ogóle działać na korzyść obywateli dopiero wtedy kiedy rząd będzie działał w ich interesie. W większości bogatych krajów na świecie jest to osiągane przez demokratyczną reprezentację, silne instytucje demokratyczne i odpowiednią kulturę prawną. Pułapka państw endemicznie biednych polega na tym, że zbudowanie tych instytucji samo w sobie wymaga by chcieli tego ludzie będący obecnie u władzy — mamy więc do czynienia ze specyficzną pułapką cywilizacyjną.

Przypadek Wenecji

Ale mądre państwo nie jest dane na zawsze. Czas trwania reżimów współcześnie liczy się raczej w dziesiątkach lat ale i wcześniej nie były one szczególnie stabilne. Acemoğlu przytacza szereg bardzo interesujących przypadków z historii ludzkości gdy świetnie prosperujące społeczności stopniowo degenerowały się i popadały w zapomnienie. Jednym z nich jest Wenecja, której przypadek jest opisany w rozdziale pod znamiennym tytułem "Jak Wenecja stała się muzeum". Muzeum, atrakcja turystyczna i pomnik dawnej chwały to stan obecny. Ale Wenecja była niezwykle ważnym ośrodkiem gospodarczym już od X wieku, do XIV wieku osiągając 110 tys. mieszkańców, liczbę porównywalną z Paryżem i Londynem w owym czasie. Mieszkańcy Wenecji wykształcili unikalne i niezwykle efektywne mechanizmy społeczne i gospodarcze. Na przykład specyficzna forma spółek handlowych zwanych commenda pozwalała na skuteczny i stymulujący gospodarkę podział ryzyka między dwóch partnerów, z których jeden dawał kapitał, a drugi ryzykował życiem wyruszając z ładunkiem w podróż handlową. Co kluczowe, podział zysków nie wynikał z prostej proporcji włożonego kapitału: inwestor wkładający 100% kapitału mógł na przykład otrzymać jedynie 75% zysku. Ta forma prowadzenia działalności (zbliżona jak się wydaje do współczesnej spółki komandytowej) stała się niezwykle popularna. W roli komandytariusza występowali zwykle młodzi kapitanowie, co pozwalało im stopniowo gromadzić kapitał, który po poniechaniu pracy "w terenie" inwestowali już jako komplementariusze.

Mechanizmy te skutkowały intensywną pionową mobilnością społeczną — w kolejnych dekadach X wieku liczba nowych nazwisk pojawiających się w strukturach władzy Wenecji sięgała nieraz 80%. Budziło to zrozumiały niepokój rodzin, które były tam wcześniej i uważały, że "im się należy". W XIII wieku zaczęto zatem usztywniać system władzy tak, by ograniczyć reprezentację "ludzi z zewnątrz". W XIV wieku sporządzona została "Złota Księga" ówczesnej elity, która miała na wieki wieków określać, kto jest arystokracją a kto nie. Zakazano także zakładania spółek komandytowych. Handel morski został częściowo znacjonalizowany, a ci, którzy chcieli się nim zajmować prywatnie musieli płacić wysokie podatki. Od tego momentu rozpoczął się gospodarczy upadek Wenecji, której populacja w XVI wieku spadła poniżej poziomu sprzed dwóch wieków, doprowadzając ostatecznie do tego, że z tętniącego centrum biznesowego stała się ona miastem-muzeum.

Od Majów do ZSRR

Acemoğlu analizuje wiele tego typu scenariuszy, począwszy od rewolucji neolitycznej i Natufijczyków, przez państwa-miasta Majów, wspomnianą już Wenecję, Chiny i Austro-Węgry. Wszystkie te systemy zostały przez autora sklasyfikowane jako "wyzyskujące" (ang. extractive). Cechy charakterystyczne systemów wyzyskujących to oligarchia, konserwatyzm, ograniczanie mobilności społecznej, blokowanie zmian zarówno społecznych jak i technologicznych.

Warto odnotować, że autor nie posługuje się tutaj pojęciem wyzysku w znaczeniu marksistowskim czyli prywatnej własności środków produkcji. Systemy wyzyskujące mogą mieć różną postać polityczną, począwszy od feudalizmu, po absolutyzm aż do komunizmu. Jednym z analizowanych przez niego systemów opartych na wyzysku jest właśnie Związek Radziecki (tak samo zresztą jak i poprzedzająca go Rosja carska).

W każdym z tych przypadków lęk przed utratą pozycji przez jedną z grup społecznych mającej w danym momencie władzę skutkuje polityką, która patrząc "z dołu" jawi się jako absurdalna. W Austrii rządzonej przez Habsburgów główną zasadą wydawał się być skrajny konserwatyzm społeczny i gospodarczy, co w praktyce oznaczało blokowanie innowacji technologicznych — takich jak kolej parowa — i ekonomicznych — takich jak rozwój przemysłu, zastępującego stopniowo drobne wytwórstwo rzemieślnicze w reszcie Europy.

Polityka ta jednak, jeśli przyjmiemy za cel utrzymanie status quo, ma jednak głęboki sens . Rewolucja przemysłowa w Anglii skutkowała budową fabryk, w których koncentrowała się znaczna liczba robotników, rozproszonych w tradycyjnym modelu po niezliczonych wsiach i folwarkach. Koncentracja ta skutkowała znacznym wzmocnieniem pozycji pracowników na rynku pracy, a w konsekwencji wprowadzaniem w życie kolejnych aktów prawnych, które dziś określamy prawem pracy, przepisami bezpieczeństwa pracy, sanitarnymi i przeciwpożarowymi (na pół wieku przed publikacją Manifestu komunistycznego Marksa i Engelsa).

Wszystko to wydarzyło się dzięki rewolucji przemysłowej, więc z punktu widzenia arystokracji była ona zjawiskiem potencjalnie niebezpiecznym i trudno się dziwić, że Austriacy widząc co się dzieje w Anglii reagowali bardzo zdecydowanie.

Jednak w Anglii rewolucja przemysłowa w naturalny sposób doprowadziła do zmian w układzie władzy — osłabła pozycja tradycyjnych posiadaczy ziemskich, którzy dotychczas zarabiali na pracownikach rolnych. Tamta rewolucja musiała zresztą wyglądać dość podobnie do współczesnej rewolucji internetowej — na początku XIX wieku 81% patentów było przyznawane całkowitym nowicjuszom, których rodzice nie mieli nic wspólnego z branżami technicznymi, przy czym 40% z nich miało tylko podstawowe wykształcenie (na czele z Thomasem Edisonem). Mnóstwo ludzi traciło pracę w tradycyjnych branżach, ale jeszcze więcej ją dostawało w nowych (jak podaje Hazlitt mechanizacja produkcji spowodowała gwałtowny wzrost a nie spadek ilości miejsc pracy — w USA w 1910 roku w przemyśle samochodowym pracowało 140 tys. osób, w 1920 roku z postępującą mechanizacją liczba miejsc pracy wzrosła do 250 tys., w 1930 – 380 tys., w 1973 – już 941 tys; liczby cytuję za swoją edycją z Wikipedii sprzed roku).

Zmiana fundamentem rozwoju

Tak żywiołowy rozkwit przedsiębiorczości i wynalazczości, a w konsekwencji mobilności społecznej i poprawa warunków życia większości obywateli był możliwy dzięki dwóm zjawiskom. Pierwsze z nich to twórcza destrukcja, zjawisko polegające na zastępowaniu starych produktów i modeli biznesowych nowymi, lepiej pasującymi do nowych warunków społecznych. Charakter twórczej destrukcji miało zastąpienie manufaktur przez fabryki w czasie rewolucji przemysłowej i jest on także doskonale znany we współczesnym świecie z przypadków takich jak Nokia, SwissAir, PanAm czy Polaroid. Każda z tych firm trzęsła swoją branżą i wydawało się, że jest "wieczna", po czym szereg błędnych decyzji biznesowych i skostniałe struktury prowadziły je do upadku.

Proces ten miał zarówno wygranych (robotników i klasę średnią), jak i przegranych (arystokrację ziemską). Należy przy tym podkreślić, że wśród tych ostatni przegrywały głównie określone modele biznesowe a konkretne rodziny mogły przegrać wyłącznie na własne życzenie, kierując się konserwatyzmem i trwając przy starych modelach biznesowych. Gdy w XVIII wieku tradycyjne przędzalnie wełny nie nadążały ekonomicznie za mechanicznymi sytuacja nie zmieniła się z dnia na dzień — walka o dominację na tym rynku trwała kilka pokoleń. Nowe przędzalnie maszynowe startowały na rynku z o wiele gorszej pozycji: nie miały sieci zbytu, kontaktów biznesowych, kapitału ani zaufania społecznego. Co sprytniejsi właściciele tradycyjnych przędzalni mogli zatem spokojnie zainwestować w ten rynek, różnicując, jak byśmy dziś powiedzieli, swoje portfolio biznesowe i próbując złapać dwie sroki za ogon. Dokładnie tak samo jak firmy tytoniowe inwestują obecnie np. w żywność, a firmy naftowe w energię odnawialną, stopniowo przygotowując się do przestawienia na nowe tory.

Instytucje włączające

Drugi czynnik sprzyjający rozwojowi wskazywany przez Acemoğlu to włączające (ang. inclusive) instytucje społeczne i polityczne, czyli takie, które gwarantują reprezentację wszystkim grupom społecznym. Dzięki temu dostają one impuls do angażowania się w rozwój gospodarczy i społeczny, mają otwartą drogę do poprawiania swojej sytuacji i nie są zamknięte w ekonomicznej klatce. Przykładem struktury inkluzywnej była Wenecja aż do usztywnienia się w XIII wieku a także Anglia i Stany Zjednoczone w okresie rewolucji przemysłowej. Były to państwa, w których dostęp do rynku oraz innowacji nie był sztucznie ograniczany (jak w Austrii), a władza była na tyle inteligentna by żyć dobrze w nowych warunkach, nie trzymając się kurczowo modelu feudalnego (jak Habsburgowie). Tutaj warto dodać, że interesującą wizję takiego dualizmu instytucji społecznych przedstawia także fizyk David Deutsch w książce The Beginning of Infinity: Explanations That Transform the World, który z kolei nazywa je "statycznymi" i "dynamicznymi".

Istotną pułapką, która wiąże się jednak z przejściem do modelu państwa inkluzywnego jest stosunek do tych, którzy byli bogaci wcześniej. W systemie opartym o wyzysk grupy te budzą w reszcie społeczeństwa w pełni uzasadnioną zazdrość i niechęć, czego świadkami byliśmy w okresie transformacji ustrojowej w Polsce. Rozwiązaniem w najszybszy sposób zaspokajającym instynkt plemienny jest pognębienie dawnej arystokracji, zemsta, poniżenie i zepchnięcie ich na margines społeczny. Pod koniec lat 80-tych głosy nawołujące do rozprawy z "czerwoną burżuazją" były liczne ale, paradoksalnie, sytuacja taka jedynie zwiększa opór dotychczasowych władców przed zmianami i ich motywację do zachowania status quo. To z kolei prowadzi do radykalizacji reformatorów, na to konserwatyści regują jeszcze większym oporem i tak sytuacja eskaluje do krwawej rozprawy, której przedsmak mieliśmy w 1981 roku (choć na szczęście do niej nie doszło).

O pokusie "wariantu zerowego", czyli zrównania wszystkiego z ziemią i budowaniu nowego, "czystego" społeczeństwa pisałem już wcześniej (Dlaczego nie rewolucja?, więc nie będę tego powtarzał. Rewolucja jest rozwiązaniem najgorszym z możliwych, choć nie da się od niej uciec jeśli zwolennicy status quo nie potrafią patrzeć dostatecznie daleko w przyszłość. Cała sztuka polega więc na tym, by wśród wielu grup interesu, które nieuchronnie przy tego typu przemianach się pojawiają (a jest ich nieskończenie więcej niż prymitywny, dwubiegunowy model klasowy u Marksa) znalazło się wystarczająco wiele ludzi dostatecznie przytomnych, by się dogadać. Jedni musza pogodzić się z częściowym oddaniem władzy, drudzy muszą powstrzymać się od prób odebrania jej w całości. Równocześnie musza zarządzać radykałami po każdej ze stron — i tymi, którzy oddadzą władzę ale "po moim trupie", i tymi, którzy deklarację dokładnie to chcieliby zrobić.

Kraina mlekiem i miodem?

Ludzkość wykazuje się pewną nieodpartą skłonnością do wyobrażania sobie idealnych modeli społecznych na wzór chrześcijańskiego czy muzułmańskiego raju — zero problemów, zero konfliktów, równość, ॐ i ogólne wyciszenie po wsze czasy. Dla Marksa i Engelsa, którzy zbudowali taką właśnie wizję w postaci komunistycznej utopii, twórcza destrukcja była zjawiskiem zdecydowanie negatywnym, prowadzącym do nadprodukcji i wojen (piszą o tym mniej więcej w połowie pierwszego rozdziału Manifestu Komunistycznego).

W rzeczywistości może się jednak okazać, że społeczeństwo idealne z punktu widzenia długotrwałego rozwoju nie jest bynajmniej centralnie zarządzanym, cichym mechanizmem, w którym wszyscy chodzą jak w zegarku, tylko wprost przeciwnie — kotłem kipiącym od ciągłych przemian, sporów i nowych instytucji bezustatnnie zastępujących stare.

Comments

Dwa ciekawe artykuły Roberta

"Dziękujemy za palenie"

Adam Leszczyński, "Dziękujemy za palenie", Polska Akcja Humanitarna, http://pah.org.pl/m/2856/DZIEKUJEMY%20ZA%20PALENIE.pdf

Stoi za nimi często przekonanie, że w życiu nie ma nic za darmo, a każda przysługa jest skrupulatnie ważona i domaga się rekompensaty. Moi znajomi ze slumsów w Nairobi mieli w gło- wach skomplikowany rejestr wzajemnych usług i długów – nie tylko finansowych, ale i długów wdzięczności. „W Afryce nie ma nic za darmo” – udzielił mi lekcji jeden z nich (bezinteresownej, chociaż na znajomości ze mną zarobił, a ja straciłem).

W biednych społeczeństwach ludzie mają bardzo mały margines tolerancji na złe życiowe decyzje. Każda z nich – dolar stracony na nieudanym biznesie, źle ulokowana przysługa, za- ufanie komuś, kto na to nie zasłużył – może sprawić, że następnego dnia nie będą mieli co jeść. Dlatego w biednych krajach altruizm jest towarem rzadszym niż w bogatych i nie bez powo- du w światowych sondażach systemu wartości najbardziej ma- terialistycznie nastawieni są ludzie z krajów najbiedniejszych.

– Ale przecież działająca pompa się opłaci wszystkim na dłuższą metę? I dlatego warto płacić pięć pesoes za trzy miski wody? – mógłby zapytać Europejczyk.

Oczywiście. Ale do kalkulacji trzeba włączyć jeszcze dwa elementy, które w Afryce wyglądają inaczej niż w Europie: po- czucie niepewności jutra i brak zaufania do instytucji. Nie ma sensu, żebym się troszczył o to, czy pompa będzie działała za rok, jeżeli nie mam dobrej gwarancji, że za rok będę sam z niej korzy- stał i cieszył się dobrym zdrowiem. Nie ma też sensu, żebym pła- cił za wodę, jeżeli myślę, że osoba, która opiekuje się pieniędzmi, najprawdopodobniej je zdefrauduje. W takiej sytuacji opłaca mi się korzystać z pompy i bardzo się starać, żeby nigdy nie płacić za wodę – i to jest racjonalne.

W takich okolicznościach relacje międzyludzkie są dla myślącej jednostki grą o sumie zerowej. Nie ma powodu, żebym troszczył się o przyszłość mojego kraju, kiedy nikt się o nią nie troszczy. Nie ma powodu, żebym poświęcał się pracy dla niego, skoro nikt się nie poświęca – a nawet gdybym się poświęcił i był uczciwy jak łza, zyskałbym tylko tyle, że umarłbym w biedzie, bo urzędnicy są opłacani kiepsko. Co się opłaca? Gra na siebie i swoich bliskich. Opłaca się wykorzystać swoją pozycję – którą przecież można łatwo stracić, bo życie jest pełne niespodzianek – żeby zyskać majątek, który pozwoli żyć wygodnie. Bieda zawęża pole widzenia: dobro zbiorowe z niego wypada jako pierwsze. Skoro nasz kraj jest tak biedny, że jeszcze wiele pokoleń nie ma realistycznej szansy na to, aby żyć w nim dobrze, nie ma sensu się poświęcać, bo człowiek ma tylko jedno życie. Czasy są trudne. Trzeba dbać o siebie i swoją rodzinę.

To wszystko jest oczywiście bardzo racjonalne. Prywatna racjonalność nie musi jednak prowadzić ani do pokoju, ani do rozwoju gospodarczego; przeciwnie, można sobie wyobrazić sy- tuacje, w których nakazuje absolutny egoizm. Ekonomiści pró- bują to dziś badać, pisząc dużo o instytucjach, czyli formach, w jakich ujęte jest życie społeczne. Według dominującej dziś teorii nic – ani położenie geograficzne, ani bogactwa naturalne, ani żaden inny czynnik – nie ma porównywalnego wpływu na dobrobyt i tempo rozwoju kraju.