Elektroniczne podręczniki w szkołach — projekt MEN

Ministerstwo Edukacji Narodowej zaproponowało by podręczniki szkolne były publikowane w wersji elektronicznej i papierowej, lub tylko elektronicznej.

Sam projekt można znaleźć na stronie MEN pod nazwą Projekt rozporządzenia Ministra Edukacji Narodowej zmieniającego rozporządzenie w sprawie dopuszczania do użytku w szkole programów wychowania przedszkolnego i programów nauczania oraz dopuszczania do użytku szkolnego podręczników. Najobszerniejszy komentarz opublikowała "Rzeczpospolita" (MEN chce uczyć z e-podręczników).

Projekt jest dość rewolucyjny i sprowokował parę krytycznych komentarzy m.in. ze strony wydawców. Znając trochę rynek e-książek zarówno od strony modeli biznesowych jak i od strony technicznej postanowiłem przesłać do MEN swój komentarz (patrz poniżej). Dla poprawienia czytelności umieszczam go jako tekst notatki, bez cytowania. Proszę traktować tę opinię, która zwłaszcza w części ekonomicznej może się wydać kontrowersyjna, jako zaproszenie do dyskusji. Ja po prostu nie widzę jak inaczej mogłoby to zaskoczyć od strony finansowej i chętnie poznam opinie przeciwne.

Chciałbym zwrócić uwagę na dwie kwestie podręczników elektronicznych — techniczną oraz ekonomiczną. Pojęcie "formy elektronicznej" jest na tyle elastyczne, że przy nierozważnym lub niechętnym podejściu wydawców dobry pomysł może się zmienić w swoją włąsną karykaturę. Wystarczy, że wydawcy zaczną publikować "obowiązkowy" podręcznik elektroniczny w jednym z niszowych formatów obłożonych blokadą kopiowania (DRM - Digital Rights Management). Wówczas odczytanie takiego podręcznika będzie możliwe jedynie w specjalnej aplikacji dostosowanej do tego konkretnego formatu. Na przykład system Adobe DRM jest obsługiwany wyłącznie przez aplikację Adobe Digital Editions, system FileOpen DRM - przez aplikację firmy FileOpen, Amazon DRM - przez aplikację Amazon i tak dalej.

A ponieważ tych formatów jest wiele, więc skończy się to chaosem i całkowitym brakiem interoperacyjności — w skrajnym scenariuszu uczeń będzie musiał zainstalować inny program do podręcznika chemii, inny do biologii i tak dalej. Podobnych problemów doświadczamy od 2002 roku na rynku podpisu elektronicznego i z punktu widzenia ergonomii i przyjazności dla użytkownika mają one tragiczne konsekwencje.

Jedynym formatem, który zapewni daleko idącą interoperacyjność jest format EPUB (standard organizacji International Digital Publishing Forum - IDPF). Jest to format otwarty i obsługiwany przez praktycznie wszystkie aplikacje dla wszystkich systemów operacyjnych oraz — co istotniejsze — przez praktycznie wszystkie sprzętowe czytniki e-książek. Te ostatnie bowiem, ze względu na koszt (około 10-krotnie niższy od przeciętnego laptopa), niskie zużycie energii i brak uciążliwego dla wzroku podświetlenia (e-papier), mają największe szanse zapoczątkować cyfrową rewolucję w polskim szkolnictwie.

Równocześnie jednak motywacja wydawców do stosowania blokad kopiowania (DRM) będzie mieć całkiem racjonalne podstawy ekonomiczne - w przeciwnym razie e-książka kupiona przez jednego ucznia będzie mogła zostać natychmiast opublikowana w Internecie co uniemożliwi jakikolwiek zwrot z inwestycji w opracowanie podręcznika. W związku z tym pozostawienie dla e-podręczników tradycyjnego modelu ekonomicznego polegającego na tym, że każdy kupuje sobie podręcznik i "ma go na własność" nie ma szans zadziałać w praktyce — będzie to kolejny czynnik, który zablokuje upowszechnienie e-podręczników.

Jedynym sensownym modelem w tej sytuacji staje się model subskrypcyjnych zakupów zbiorowych. W modelu takim zakupu podręczników nie dokonywaliby poszczególni uczniowie na własną rękę tylko nauczyciele, zamawiając licencję na dany podręcznik elektroniczny dla całej klasy. Oczywiście zakup ten byłby finansowany nadal ze środków rodziców. Zakup zbiorowy dawałby jednak nauczycielom, w czym aktywną rolę może odegrać MEN, silną pozycję negocjacyjną jeśli chodzi o koszt licencji. Pozostawia to również szerokie pole dla mechanizmów pomocy społecznej, np. refundacja kosztów podręczników dla poszczególnych uczniów przez szkoły, fundacje czy instytucje pomocy społecznej. Trzeba tu także wspomnieć o inicjatywach darmowych podręczników tworzonych np. przez projekt Wolne Podręczniki (i Wolne Lektury).

Z ekonomicznego punktu widzenia sytuacja taka jest korzystna dla wszystkich stron. Mając zagwarantowany określony wolumen sprzedaży i rozwiązany problem piractwa wydawcy nie mieliby żadnej motywacji dla wdrażania systemów DRM i blokowania rozwoju rynku e-podręczników. Przedmiotem zakupu byłoby faktycznie niematerialne prawo do korzystania z danego podręcznika, a nie sam plik e-podręcznika, który uczniowie mogliby legalnie (!) pobrać skądkolwiek i wymieniać się nim do woli. W tej sytuacji wydawcy nie mieliby również podstaw do twierdzenia, że koszty produkcji e-podręczników są wyższe od tradycyjnych (argument, który pojawił się już w relacjach prasowych).

Comments

DRM

W pewnym stopniu podręczniki bardziej narażone są na utratę dochodu, w skutek kopiowania, niż beletrystyka - grono odbiorców zna się dobrze i zupełnie legalnie może 'podzielić' się jednym plikiem.

Z drugiej strony w warunkach polskiej szkoły e-podręcznik będzie i tak pewnie dodatkiem i pomocą naukową (Szybkie wyszukiwanie, kopiowanie cytatów) do papierowego egzemplarza używanego na lekcji.

Dostępność

Elektroniczne podręczniki to szansa dla osób niepełnosprawnych, w szczególności niewidomych. Obligatoryjna wersja elektroniczna to dużo łatwiejszy dostęp do podręczników - w tej chwili niewidomi skazani są na skanowanie i OCR lub osoby, które czytają im książki.

Niestety może to zostać zaprzepaszczone właśnie przez wykorzystanie DRMu, chyba, że jednocześnie pojawią się książki w formie audiobooków.

A to jest argument o którym

A to jest argument o którym nie pomyślałem i chyba warto napisać w tej sprawie do MEN.

Good point z tym

Good point z tym kreatywniejszym podejściem do finansowania szkolenia przyszłych pokoleń Polaków. Model posiadania podręcznika nie jest dany raz na zawsze i trzeba kreatywnie podchodzić do zagadnienia. Problem jest jak zwykle, że raz okopane autorytety będą chciały kontynuować ustalone renty, a nie podzielić się wiedzą z jedną klasą w Koziej Wólce, żeby reszta Polski sobie odkopiowała egzemplarze na 10 lat w przód. Zresztą wiedza jest na anglojęzycznej Wikipedii - po co jeszcze są te podręczniki? :/

Ja myślę, że poza dostrzeganymi obecnie problemami zcyfryzowania dobytku pedagogicznego Polski problemem jest kształt edukacji przyszłych Polaków. Powszechna dostępność obecnej bazy wiedzy zmierzy do jej dewaluacji. No może niekoniecznie w złotówkach dochodu na głowę - tylko polskie społeczeństwo będzie tak dobrze wykształcone, że podniesie się poprzeczkę ambicji dla następców - 1 porsze, 10 porsze, 100 jachtów, realizacja zajebistej polskiej tożsamości przez ciągłe latanie samolotem zagranicą - cokolwiek tam będzie symbolem statusu.

Co może być istotne w 21 wieku, to umiejętność współpracy z o wiele szybciej rozwijającym się zasobem wiedzy 6 miliardów ludzi niż starszyzny plemienia 40-milionowego kraju nad Wisłą. Przyszłe pokolenia mają szansę odegrać takie pozycje w organizacji globalnej gospodarki, rządu i społeczeństwa, których jeszcze w Warszawie sobie nie uświadomiono. Buzek już sygnalizował, że wie, ale dużo jeszcze nie załapało. Myślę, że przyszłość wydawców, to ciągłe aktualizacje bazy wiedzy, poszerzanie o materiały wideo. Przyszłych agentów polskiego społeczeństwa należy kształcić do filtrowania i nie zanieczyszczania przestrzeni informacyjnej z jakimś poszanowaniem analogowych staruszków i ogólnie pozytywnymi wartościami do uzgodnienia. Zamiast polskiej tożsamości pieniaczej z literatury - NLP. ;) Zamiast języka polskiego, język angielski all across cywilizacja zachodnia. ;) Brzmi to niedorzecznie - toleruję przeciwne poglądy - aż stanie się faktem za lat ok. 20.

Trzeba będzie przemyśleć - po co zakuwać prawobrzeżne dopływy Amazonki, jak można np. skupić się na zrobieniu gry na iPhone i przejść na emeryturę. :>

IMHO dokładnie na tym polega

IMHO dokładnie na tym polega postęp, że konkuruje się na coraz to nowych płaszczyznach. Kiedyś konkurowano dostępem do wiedzy - np. gildie rzemieślnicze strzegły technologii obróbki metali, szkła itd. Obecnie ta wiedza jest powszechnie dostępna (z patentami jako zabezpieczeniem zwrotu z inwestycji). No więc obecnie konkuruje się właśnie umiejętnościami stosowania tej wiedzy w praktyce, współpracy z innymi, efektywnością na poziomie pojedynczych procentów i organizacją pracy.

W pełni się zgadzam, że rynek informacji się też zmienił. Teraz ten rynek to nie encyklopedie wydawane raz na 20 lat tylko ciągła aktualizacja danych. Z tego żyje np. Lex, który porządkuje bajzel naprodukowany przez ustawodawcę, który - i to już jest absurd - jest równocześnie największym jego użytkownikiem.

A problem z naszą edukacją jest właśnie taki, że niespecjalnie to dostrzega. Moim zdaniem wynika to z dwóch rzeczy. Po pierwsze, jest oparta o centralne planowanie i, jak każde centralne planowanie, nie potrafi reagować na zmieniające się otoczenie. Po drugie, i to już jest polska specyfika, głównymi interesariuszami naszego systemu edukacji są nauczyciele i administracja, a uczniowie są na drugim miejscu.