Ekoterroryzm to tylko pretekst

Co rusz media donoszą o "ekologach", którzy blokują różne kluczowe dla państwa inwestycje. Jakby to było pięknie, gdyby wszystkie te organizacje pewnego dnia zniknęły, prawda?

Mam tu na myśli historie takie jak PGE, krakowski Szkieletor, obwodnica Augustowa (Rospuda), szpital w Krakowie czy lotnisko w Lublinie. W każdej z tych spraw jako główną siłę sprawczą opóźnień wskazuje się rozmaite organizacje społeczne, które mają prawo skarżyć decyzje środowiskowe, decyzje o warunkach zabudowy itd. Widać to bardzo wyraźnie w tytułach tych artykułów (np. "Ekolodzy zatrzymują lotnisko w Lublinie).

Tymczasem jeśli wczytać się w te artykuły i pominąć medialny szum to wychodzą na jaw fakty, które świadczą źle o wszystkich, tylko nie o ekologach. O kim w takim razie?

  • O urzędnikach wydających decyzje — bo decyzje bardzo często po prostu zawierają rażące błędy prawne. Znając dość dobrze poziom polskiej twórczości urzędowej mogę sobie łatwo wyobrazić jak wyglądało na przykład uzasadnienie decyzji urzędu miasta w sprawie "Szkieletora". I dlaczego zostało ono później zmiażdżone przez sąd administracyjny, i to do tego stopnia, że w samym urzędzie wszczęto kontrolę![1] I kto tutaj wyszedł na głupka? Moim zdaniem nie wyzywany od "ekoterrorystów" Waszkiewicz, tylko urząd miasta. Z podobnym przypadkiem mamy do czynienia w Lublinie, gdzie niedawno decyzję środowiskową w sprawie lotniska uchylił nie ekolog przecież tylko sąd administracyjny!
  • O ustawodawcach, którzy tworzą prawo tak niskiej jakości, że trudno jest go poprawnie stosować. Bardzo często słyszę ten argument ze strony znajomych w sektorze publicznym i ujmuje on za serce. Ściana bezdusznych przepisów i przed nią biedny urzędnik... Niska jakość prawa stanowionego jest dobrze udokumentowanym faktem. Przed przyłączeniem się do urzędniczych żalów powstrzymuje mnie tylko fakt, że trochę znam polską praktykę tworzenia prawa. Większość uchwalanych projektów ustaw jest pisana przez urzędników, a nie przez jakichś mitycznych "ustawodawców" (np. obywateli czy posłów). Większość z tych, które widziałem była niskiej jakości i tragicznie uzasadniona — rzecz jasna również z naruszeniem prawa (a konkretnie wymagań wobec oceny skutków regulacji). Co gorsza, urzędnicy bezpośrednio stosujący przepisy prawa nie zgłaszają autorom ustaw żadnych problemów z ich stosowaniem, zgodnie ze starą radziecką zasadą, że kto nie umie sobie radzić ten się nie nadaje. Jako zadanie dla Czytelników zostawiam określenie kto wyszedł na głupka w sprawie słynnej ustawy odpadowej gdy Ministerstwo Środowiska jako jedno z pierwszych zapłaciło 10 tys. zł kary za niezłożenie świstka o zużytych myszkach komputerowych (a był to zapis, którego samo zażarcie broniło podczas uchwalania tej ustawy).
  • O wymiarze sprawiedliwości, w którym najmniejszą jednostką czasu jest miesiąc i jest to mniej więcej czas wystarczający dla przełożenia papierka z jednego końca biurka na drugi. Zachwaszczone prawo i mętna praktyka jego stosowania generuje wiele sytuacji, w których występuje spór między inwestorem a urzędem. W państwie prawa spory rozstrzyga się przed sądami, a zatem im gorsze prawo tym więcej spraw kończy się w sądach, powszechnych lub administracyjnych. Połączenie niewydolnych procedur administracyjnych (średnio 311 dni na uzyskanie pozwolenia na budowę w Polsce) i niewydolnego sądownictwa (średnio 830 dni na dochodzenie należności umownej) to kombinacja, która gwarantuje z jednej strony marnowanie ogromnych środków publicznych na wieloletnie opóźnienia i przepychanki, a z drugiej — próby "smarowania" ich za pomocą łapówek i falandyzacji prawa. Kto wyszedł na głupka gdy kolegium odwoławcze uchyliło karę nałożoną na właściciela "Szkieletora" za niedokończenie budowy w terminie, wskazując przy tym, że to działania samego miasta ją opóźniały?

O ile inwestorom prywatnym pozostaje tylko zacisnąć zęby, posłusznie spełniać mętnie określone wymagania urzędów i czekać, czekać, czekać (albo smarować przy pomocy koperty), o tyle inwestor publiczny wydaje się trwać w głębokiej wierze w swoją wyższość względem zwykłego motłochu. Widać to dość wyraźnie praktycznie w każdym wyżej wymienionym przypadku (zwłaszcza w buńczucznych okrzykach ministra Szyszki). W końcu polskie przysłowie "co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie" skądś się wzięło, a hasło "sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie"[2] mogłoby być równie dobrze polskim zawołaniem narodowym. Stąd tradycja naprawiania problemów polskiej administracji nie za pomocą jej, no cóż, naprawiania, tylko za pomocą specustaw. Nie po to urzędnik jest urzędnikiem, żeby czekać średnio 311 dni na pozwolenia na budowę i 830 dni na uzyskanie należności umownej. Urzędnik se uchwala specustawę i ma szybciej.

A jeśli akurat nie ma pod ręką specustawy to w mediach pojawiają się alarmistyczne publikacje, w których na drodze szczytnego celu realizowanego przez bohaterskiego urzędnika magistratu staje plugawy ekolog (przedsiębiorca, obywatel, stowarzyszenie...). Polska kultura urzędowa charakteryzuje się bowiem straszliwą arogancją, tępym uporem i wreszcie całkowitą niezdolnością przyznania się do błędów czy własnej niedoskonałości[3]. Winny opóźnień czy klapy nigdy nie jest urzędnik, tylko "czynnik obiektywny"[4].

Dotychczas dla polskich biurokratów takich złym ludem był ekolog, od paru lat mają kolejnego — Unię Europejską. W wielu projektach realizowanych po wstąpieniu do Unii widać było szczere zdziwienie i zaskoczenie po stronie polskiego sektora publicznego — no faktycznie żeśmy nagięli czy wręcz po chamsku naruszyli przepisy oraz umowy... No ale żeby od razu odbierać pieniadze? Przyzwyczajeni do załatwiania takich spraw metodą wicie-rozumicie polscy politycy i urzędnicy gubią się — jak można stosować przepisy prawa tak konsekwentnie, a nie tylko tam gdzie nam nie przeszkadzają?

Dlatego, o ile w wielu sprawach merytorycznie nie zgadzam się ze stanowiskiem tych organizacji ekologicznych, o tyle w gruncie rzeczy cieszę się, że punktują bezprawne decyzje urzędników i niedbalstwo ustawodawcy. Jest to jedna z tych form kontroli społecznej, która w perspektywie długoterminowej przyniesie korzystne skutki, nawet jeśli ich skutki krótkoterminowe są negatywne[5].


  1. [1] Waszkiewicz twierdzi też, że obecny właściciel ma w ręku ważną "wuzetkę" na budynek o wysokości 92 metrów (czyli aktualnej) i gdyby chciał, to mógłby rozpocząć remont. Uchylona przez sąd "wuzetka" dotyczyła bowiem podwyższenia budynku o kolejne 10 metrów.
  2. [2] Cytat z filmu Sami swoi, będącego prawdziwym katalogiem najgorszych cech polskiej kultury narodowej. Mam wrażenie, że wielu z nas ogląda go jednak z pewną dumą, zamiast z obrzydzeniem.
  3. [3] Smutną konsekwencją tej ostatniej cechy jest też ograniczona zdolność do samodoskonalenia. Skoro bowiem już jesteśmy doskonali to cóż moglibyśmy jeszcze poprawiać? Wielokrotnie słyszałem z ust urzędników takie racjonalizacje: jak nam posadzili ośmiu dyrektorów za łapówki – to sprawa polityczna, jak nam sąd uwalił decyzję – to niekorzystna interpretacja. Ale my wiemy swoje i następnym razem zrobimy to samo!
  4. [4] Według profesora Witolda Kieżuna głównymi wyróżnikami polskiej biurokracji jest gigantomania (przerost zatrudnienia), luksusomania (przyznawanie sobie nadmiernych przywilejów), korupcja oraz arogancja władzy, wynikająca z niechęci do uzasadniania własnych decyzji oraz lęki przez transparentnością działań organów publicznych (za Wikipedią).
  5. [5] Trafny cytat z Waszkiewicza: W całej tej sprawie najbardziej oburzająca jest okazywana nie tylko przez inwestora, ale również przez urzędników miejskich pogarda dla prawa oraz krytyka tych, którzy domagają się jego przestrzegania, w tym nazywanie obrońców prawa terrorystami i anarchistami oraz przeciwnikami rozwoju. Państwo cywilizowane oznacza państwo kierujące się prawem, a społeczeństwo cywilizowane to takie które prawo szanuje. Anarchistami i przeciwnikami rozwoju są ci, którzy uważają, że prawo ich nie obowiązuje. To ci, którzy nie chcą przestrzegać prawa powinni wyjechać "do buszu", bo tam będą mogli uprawiać swoją działalność nieskrępowaną żadnymi przepisami i zasadami, a jedynie zasobnością portfela i układami. Przy czym wcale nie sądzę, że zawsze chodzi o "portfel i układy". Inwestor ma często szczytne cele (np. szpital, obwodnica). Ale jeśli prawo nie działa to trzeba je poprawiać a nie omijać.