Czy rozkład dochodów mówi cokolwiek o równości?

Część amerykańskich ekonomistów promuje miarę "nierówności dochodów społecznych" jaką jest wskaźnik "jaka część społeczeństwa kontroluje jaką część dochodu narodowego". O czym on w gruncie rzeczy mówi?

Przykład "the richest 1 percent account for 24 percent of the nation's income" z artykułu Thomasa Noaha (The United States of Inequality), który cytuje Trystero (Amerykanie chcą żyć w Szwecji!), podsumowując to wytłuszczoną konkluzją: "Tak, właśnie tak. 1% najbogatszych Amerykanów kontroluje 165 razy więcej majątku niż 40% najmniej zamożnych Amerykanów" oraz porównaniami do południowoamerykańskich reżimów.

Dane "kto ile dochodu kontroluje" pochodzą z pracy Emmanuela Saeza (Striking it Richer: The Evolution of Top Incomes in the United States). Saez korzysta ze statystyk IRS, które rozbija na decyle i porównuje z danymi historycznymi w celu stwierdzenia jak rośnie "nierówność dystrybucji dochodów".

Saez rzecz jasna nie ma dostępu do danych o indywidualnych wpływach podatkowych, więc opiera się o dane zagregowane. Ale taka "klasowa" agregacja dochodów podziale prowadzi do błędnych wniosków z kilku powodów:

  • Dochody różnych osób w różnych latach są różne. Czyjeś mogą rosnąć - bo założył firmę, czyjeś mogą maleć - bo pojechał na roczny urlop. Agregacja te zmiany zaciera, stwarzając wrażenie jakby dochody ludzi były stałe a jedyną zmienną była "nierówność dochodów" w czasie.
  • Dochody zmieniają się z wiekiem - np. na początku mogą być małe, z doświadczeniem rosnąć by potem znowu spaść po przejściu na emeryturę.
  • Dochody mogą rosnąć wraz ze zgromadzonymi oszczędnościami w postaci akcji czy obligacji. W takim przypadku mogą też spaść w wyniku załamania na giełdzie.
  • Liczenie "dochodu na rodzinę" również jest mylące, bo rodziny mają różne wielkości, które dodatkowo zmieniają się w czasie, wpływając na dochody.

Podsumowując - teza, że "1% kontroluje 24% dochodów" to czysto propagandowa zagrywka, mająca stwarzać wrażenie, że istnieje jakaś klasa panów, z którą "coś" trzeba zrobić. Owszem, istnieją decyle więcej zarabiające i mniej zarabiające, podobnie jak w danej populacji w danym momencie np. jeden procent osób jest chorych na grypę ale codziennie są to inne osoby.

Weźmy na przykład chłopaka urodzonego w ZSRR, który w wieku 6 lat wyemigrował do USA z rodzicami. Rodzice byli rosyjskimi naukowcami i nie należeli do amerykańskiej elity, kimkolwiek ona jest. Po ukończeniu Uniwersytetu Maryland Sergiej zakłada firmę i szybko przenosi się do najwyższego decyla dochodów, przebywszy w poprzednich latach wszystkie niższe decyle.

Czy Sergiej Brin i Larry Page należąc do najwyższego decyla dochodów "kontrolują" dochód narodowy USA? Właściwsze byłoby stwierdzenie, że oni wytwarzają znaczną część tego dochodu , który po opodatkowaniu zasila tych, którzy nie mieli tyle szczęścia i rozumu (brzmi to inaczej niż "kontrolują", nieprawdaż?).

Podstawowym jednak faktem, który umyka zwolennikom klasowego spojrzenia na społeczeństwo gdy mówią o "rozkładzie dochodów" jest to, że tych dochodów nikt odgórnie nie "rozkłada". Tak jak codzienna wartość WIG20 nie jest wynikiem decyzji administracyjnej, tylko sumą wyborów, decyzji i ryzyk indywidualnych inwestorów.

W książce "Oni wiedzą lepiej" Thomas Sowell demonstruje jak mylący może być "klasowy" podział dochodów (patrz też wywiad z Sowellem oraz D. Wilson). Żeby to zademonstrować w praktyce Sowell buduje model dochodowy egalitarnego społeczeństwa, w którym każdy zarabia tak samo. Każdy w wieku 20 lat otrzymuje dochód $10 tys. rocznie, który co 10 lat zwiększa się o kolejne $10 tys aż do emerytury. Każdy modelowy obywatel ma stałe koszty roczne ($5000) a 10% pozostałej kwoty odkłada na lokacie, więc jego dochody kształtują się następująco:

Wiek Roczny dochód Oszczędności
20 10'000 0
30 20'000 5000
40 30'000 20'000
50 40'000 45'000
60 50'000 80'000
70 0 125'000

Stosując do tego modelu metodykę "dysproporcji dochodów" jak u Sueza otrzymamy następujący wynik (za Sowellem, str. 87): "górne 17% pracujących otrzymuje pięciokrotnie większy dochód niż dolne 17% (nie wspominając o najstarszych, którzy w ogóle nie mają dochodu), a górne 17% oszczędzających ma oszczędności 25 razy większe niż dolne 17% (nie mówiąc o najmłodszych, którzy nie uzbierali jeszcze żadnych oszczędności)". Jeśli dane te zagregujemy w celu zaszokowania "nierównością społeczną" to dowiemy się, że "17% osób posiada 45% wszystkich zakumulowanych oszczędności całego społeczeństwa". Brzmi znajomo?

Czy nierówność zarobków jest zła sama w sobie? Jest mniej więcej tak samo zła jak nierówność osiągnięć sportowych u poszczególnych osób - stanowią one wypadkową predyspozycji, motywacji i szczęścia. Równocześnie jednak to nierówność stanu posiadania stanowi główny motyw napędowy postępu ekonomicznego i społecznego (H. Bochniarz: "Dylemat jest stosunkowo czytelny: wybieramy równość dzisiaj kosztem wyższego poziomu życia w przyszłości, czy stawiamy na rozwój w długim okresie kosztem równości dzisiaj?").

A mimo wszystko, zarówno Microsoft, Apple, Netscape i Google powstały właśnie w USA a nie w Europie.

AttachmentSize
sowell income model.xls21.5 KB