Czy dokument urzędowy można spiracić? (warszawsko-łódzka wojna rowerowa)

Część urzędników w Polsce wierzy, że ich budżet jest prywatną własnością urzędu, nie zawracając sobie najwyraźniej głowy jego pochodzeniem. Przykład takiej żenującej postawy dały władze miasta Warszawa w niedawnej "aferze rowerowej".

Warszawa zamówiła sobie w firmie TransEko analizę na temat ścieżek rowerowych. Dokument ten - napisany za publiczne pieniądze  - wykorzystała następnie Łódź. Ratusz warszawski oskarżył ratusz łódzki o "plagiat". Do chóru oburzonych dołączyła firma, która wykonała zlecenie:

"Na tej podstawie uważamy, że doszło do rażącego naruszenia autorskich praw majątkowych m.st. Warszawy wynikających z umowy z TransEko oraz do naruszenia autorskich praw osobistych autorów ww. opracowania." (stanowisko TransEko z 2 listopada 2009

Ustawa prawo autorskie mówi wprost (art. 4), że jego przedmiotem nie są "materiały urzędowe". Jest to oczywiste, bo urzędy pracują za pieniądze publiczne czyli tworzone przez nich dzieła powinny być własnością publiczną. Analizę sfinansował podatnik, a nie pani prezydent Warszawy z prywatnej kieszeni. Ratusz łódzki jak się wydaje nie tylko mógłwziąć analizę kupioną w Warszawie, ale wręcz powiniento był zrobić, jeśli szanuje pieniądze podatników.

Jedną z patologii polskiej administracji publicznej jest resortowość - analizy i opracowania, które mogłyby być wykorzystane przez inne urzędy z pożytkiem dla ich budżetu są pilnie strzeżone, przez co każdy kolejny musi zamawiać je samodzielnie.

Rzecz jasna jest to świetny biznes dla kancelarii prawnych i innych firm świadczących usługi bogatemu i nieliczącemu się z pieniędzmi klientowi jakim jest administracja publiczna. Zamiast sprzedać coś raz za np. 20 tys. zł jednemu urzędowi zdecydowanie lepiej jest sprzedać to samo za 20 tys. dziesięciu urzędom.

Jest to powszechna praktyka - różne urzędy wielokrotnie zamawiają w tych samych kancelariach analizy tych samych przepisów czy procesów administracyjnych. Po wysiłku włożonym w napisanie pierwszej z nich wystarczy tylko dokonać drobnych poprawek, a niekiedy tylko zmienić "urząd gminy w X" na "urząd gminy w Y".

Co ciekawe, informacje o rzekomym plagiacie powtórzyła dwukrotnie Łódzka Masa Krytyczna, czyli organizacja, która powinna być teoretycznie powinna być zainteresowana tym, by podobny dokument pojawił się w Łodzi jak najszybciej i jak najniższym kosztem.

Oczywiście, zgodnie z metodą "powielaczową" analizę taką mogłaby także napisać jakaś "rowerowa" firma z Łodzi. Ze względu na zbieżność tematyki lokalna firma mogłaby również kupić takie opracowanie od TransEko i odsprzedać je za odpowiednio wyższą cenę ratuszowi łódzkiemu. W obu przypadkach ten nieracjonalny wydatek sfinansowaliby mieszkańcy Łodzi.

Opisany przypadek jest smutny i żenujący. Pokazuje sposób myślenia części urzędników o swoich stanowiskach jako o prywatnych folwarkach, ze "swoim" budżetem i prywatnymi układzikami, zamiast części jednego mechanizmu państwowego  finansowanego z pieniędzy podatników.